Tomlinsonowie to najcudowniejsza, najukochańsza i najbardziej przeurocza rodzina, jaką kiedykolwiek spotkałam. Każdy dla każdego jest życzliwy, a jeżeli ktoś się z kimś kłóci jest to spór, który nie trwa dłużej, niż kilka minut. Może głupio to zabrzmi, ale niekiedy powoduje to nieznośny ból, który rozprzestrzenia się wewnątrz mnie. Przypominam sobie o Drew. Z nim też rzadko kiedy się kłóciłam. Przeważnie były to kłótnie polegające na bitwie na poduszki lub nie chęci pożyczania sobie ciuchów. Ja zawsze zabierałam mu jego bluzy, które zakrywały mi tyłek, a on podkradał moje bandany i paski. Nie mogę pozwolić na rozmyślanie teraz o nim, nie mogę się rozkleić.
Wracając do tej cudownej rodzinki, zaczynam żałować, że zostajemy tu tak krótko. Choć i tak nasz pobyt się przedłużył, za namową moją i Hazzy, do czterech dni. Nie, nie spieszyło nam się do szkoły. Poza tym wiele moich znajomych i tak robi sobie te wakacje zimowe odrobinę dłuższe, niż się powinno, więc nie będę mieć za wiele materiału do nadrobienia.
Unoszę lekko głowę z nad talerza pełnego pysznej zupy i słabo uśmiecham się do ośmiu osób, które siedzą przy tym samym stole, co ja, zastanawiając się, dlaczego ja nie mam tak zgranej rodziny. Odpowiedź jednak przychodzi szybko- z powodu braku jednej osoby. Osoby, która zawsze mimo wszystko potrafiła nas wszystkich pchnąć ku sobie. To Drew łagodził wszystkie kłótnie, organizował wspólne wyjścia. Był prawdziwym aniołem. Ale przecież tu też kogoś brakuje. Taty Louisa. W ciągu tych dwóch dni znajomości Louie zdążył mi opowiedzieć o rozwodzie swoich rodziców. Chłopak ma wielki żal do swojego ojca i stara się każdą wolną chwilę spędzić z mamą, dodając jej otuchy. Jay, dzięki swoim wspaniałym dzieciom, radzi sobie wyśmienicie i bardzo szybko udało jej się zapomnieć o mężu. Dzieci też nie utrzymują kontaktu ze swoim tatą, ale jak powiedział mi Lou oraz mała Phoebe, jedna z jego młodszych sióstr bliźniaczek, nie brakuje im go. Zaskoczyła mnie dojrzałość tej uroczej sześciolatki, jak i Daisy, jej siostry bliźniaczki. Po mimo ich młodocianego wieku, rozmawiało się z nimi lepiej, niż z niejednym z moich znajomych, którzy zdecydowanie powinni zatrzymać się w przedszkolu i już tam pozostać. Imponowała mi ta rodzina, zdecydowanie. Pozostałe dwie siostry Lou- jedenastoletnia Lottie była równie urocza, jak jej młodsze siostry. A najstarsza, trzynastoletnia Fizzy, została moją przyjaciółką, przeniosłam się do jej pokoju i rozmawiałyśmy całymi nocami. Kiedy budziłyśmy się rano, w okół nas walało się pełno papierków po niezdrowej żywności pochłoniętej nocą, pudełko po pizzy i oczywiście kubki po gorącej czekoladzie. Odkąd przekroczyłam próg tego domu, ciągle zadaję sobie pytanie: "Dlaczego nie mogłam ich poznać wcześniej?" Kolejna prosta odpowiedź:" Pech lubi mi towarzyszyć."
Tego wieczora zebrało mi się na szczerą rozmowę. To przez te wszystkie wspomnienia, po spędzeniu kolejnego dnia z tą rodziną. Ale jako że Fizzy wybrała się do kina ze swoimi przyjaciółmi, wybrałam Harry'ego. Po godzinie 23:00 wyszłam z pokoju i na palcach skierowałam się do pokoju przyjaciela. Zapukałam tylko dla pozoru i otworzyłam drzwi.
-Harry?- szepnęłam. Wiedziałam, że jeszcze nie śpi, ale jednak wolałam nie zachowywać się głośno. Zamknęłam za sobą drzwi, co było błędem, bo nie potrafiłam znaleźć włącznika światła. Zrobienie kolejnego kroku również było błędem, bo moja noga natknęła się na...w sumie to nie wiem na co. W każdym razie runęłam jak długa.
-Cholera jasna! Harry wstawaj!- syknęłam. Harry jednak nie wstał ani się nie odezwał. Z prostej przyczyny- nie było go w tym pokoju. Wściekła, po omacku, po drodze obijając się jeszcze o szafkę, wydostałam się na oświetlony korytarz. Było prawdopodobieństwo, że siedzi na dole i ogląda jakiś głupawy teleturniej, jak to miał w zwyczaju, ale najpierw, po drodze znajdował się pokój Lou, więc postanowiłam tam zajrzeć. Tym razem zapukałam i czekałam, aż usłyszę pozwolenie na wejście do środka. Nie usłyszałam, więc powoli otworzyłam drzwi. Światło było zapalone, otworzyłam drzwi do końca.
-Louuuuis!- zawołałam, wchodząc do pokoju z głową wbitą w podłogę, aby tym razem się o nic nie potknąć. Straszny z niego bałaganiarz, więc nawet przy zapalonym świetle mogłam czegoś nie zauważyć- Louiee!- rozejrzałam się po pokoju- L...louie? HARRY?!
W tym momencie przeżyłam taki szok, jakiego jeszcze nie przeżyłam nigdy, ale to przenigdy w życiu.
-C..co wy robicie?- wydukałam. Chyba nie tylko ja przeżyłam szok, bo tych dwóch młotków wpatrywało się we mnie tak, jakbym miała na sobie tonę jakiejś okropnej mazi, a na mojej głowie zamiast włosów, wiły się paskudne węże. Ich miny były tak przekonujące, że dla pewności sprawdziłam stan mojej cery i tego, co wyrasta mi z głowy. Na całe szczęście, nie doznałam KOLEJNEGO szoku. Spojrzałam więc na nich pytająco.
-Myślę, że dobrze wiesz- mruknął tylko Harry.
-Ale..to nie żadna gra? Nie chowają się tu gdzieś w szafie, czy pod łóżkiem inni uczestniczy?- wypaliłam, nim zdążyłam ugryźć się w język. Nie pomyślałam, że mogę ich urazić.
-Jeśli tak masz na to reagować...- zaczął Tommo.
-Nie! Przepraszam- uśmiechnęłam się zawstydzona- W zasadzie to cieszę się, że znam, a w sumie przyjaźnię się, z kimś innej orientacji. Nigdy nikogo takiego nie poznałam.
Podeszłam i usiadłam obok nich na łóżku. Tak, owszem, widok ich całujących się był dla mnie poważnym ciosem, ale na całe szczęście żadnego z nich nie darzyłam jakimś głębszym uczuciem, więc tutaj wystarczyła chwila, aby do tego przywyknąć. Gej najlepszy przyjaciel kobiety, prawda? A ja znam aż dwóch, więc chyba mogę powiedzieć, że mam szczęście.
-Naprawdę?- odezwał się Harry.
Przytaknęłam.
-Tak i jestem zadowolona, że się o tym dowiedziałam- dodałam- Czy wy...ukrywacie się z tym? Przed waszą rodziną?
Harry energicznie pokręcił głową.
-Nie, ufamy im bezgranicznie, a oni nas wspierają. Prawdę mówiąc, to ze względu na ciebie nie okazywaliśmy sobie tych uczuć.
Zrobiło mi się trochę przykro, ale szybko to zrozumiałam. Przecież moja reakcja mogła być różna, szczególnie, że na początku nie pokazałam się Harry'emu z najlepszej strony. Całe szczęście, znał mnie już dostatecznie dobrze, a ja w pełni potrafiłam zaakceptować tą jego odmienność, która z resztą całkiem przypadła mi do gustu.
-W porządku- pozwoliłam sobie na chwilę namysłu- A znajomi? Nie jesteście wyśmiewani?
-Pewnie, że jesteśmy- Harry spuścił smutno głowę- Ale ja jestem z Londynu, a Louis z Doncaster, więc jest chociaż jeden plus- w szkołach nikt o tym nie wie.
Milczałam. To musiało być dla nich uciążliwe. Mieć swoją drugą połówkę tyle kilometrów od swojego serca. Na pewno było im ciężko, ale najwidoczniej dawali sobie radę. Jeśli mieli wsparcie rodziny i przyjaciół, było im niewątpliwie łatwiej. Prawdę mówiąc nigdy nie miałam do czynienia z takim uczuciem. Jakoś chłopcy nie oglądali się za mną ani ja za nimi. To Drew wprowadził mnie w swoje życie pełne zabawy, adrenaliny. Tylko dlatego miałam jakąś tam garstkę znajomych i radziłam sobie w życiu. Jeśli chodzi o przyjaciół- Grayce. No i Harry, ale to jest oczywiście inna historia. Grayce to moja przyjaciółka, która towarzyszy mi od urodzenia. Nasi rodzice dość dobrze się znają i nie mają nic przeciwko naszej przyjaźni. Tak nam się przynajmniej zdaje. Grayce była przy mnie w tych najtrudniejszych momentach i nie opuszczała mnie na krok. Broniła mnie przed szyderstwem ze strony ludzi w szkole, a także przed nauczycielami, którzy non stop czepiali się mnie za nieodrobione zadanie, nieprzygotowanie do lekcji. Logiczne, w końcu tylko ona znała powód mojego zachowania, a ja nie chciałam się tym dzielić z nikim innym.
Spróbowałam porównać sytuację Harry'ego i Louisa do mnie i do Grayce. Nie, żebym była lesbijką. Nic z tych rzeczy! Oczywiście, jak już wspomniałam, nic nie miałam do ludzi innej orientacji, jednak ja wolałam chłopców. Wiedziałam to, ponieważ w przedszkolu nadarzyło mi się mieć paru adoratorów, tylko w przedszkolu. Kiedy mój wiek był odpowiedni, aby rozpocząć naukę w szkole, wszystko automatycznie prysnęło. Zero zainteresowania płcią przeciwną, z wzajemnością. Tak czy inaczej wracając do tego porównania. Gdyby Grayce mieszkała tyle kilometrów ode mnie, że nie mogłabym się z nią codziennie spotykać, oszalałabym. Nasz wspólny dzień zaczynał się na wspólnej drodze do szkoły, a kończył stałą rozmową telefoniczną chwilę przed północą. Nie potrafiłybyśmy bez siebie żyć, byłam tego pewna. Co prawda nie należałam do jakiś rozrywkowych osób (przynajmniej przed wyjazdem, bo chłopcy zmienili mnie o sto osiemdziesiąt stopni), więc do naszych relacji nie pasowały sentencje tego typu, że "prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto potrafi totalnie zryć ci psychikę", nie. Nie latałyśmy po mieście roześmiane do rozpuku, pytające przechodni:" Przepraszam, wie pani może, gdzie jest Nemo?", to nie leżało w naszej naturze. Kto wie, może leżało to w naturze mojej i Harry'ego? Jednego byłam pewna, po powrocie do domu moje życie będzie zupełnie inne i mam nadzieję, że Grayce to zaakceptuje.
_______________
ooo, 7 rozdział właśnie skończyłaś/eś czytać. podobał się? zostaw komentarz. :) muszę nieskromnie przyznać, że najbardziej jestem zadowolona właśnie z tego rozdziału. Trochę serca w niego włożyłam, nie łatwo jest mi pisać o przyjacielskich relacjach, ale dałam radę. No i.... LARRY! Nie mogłam ich tu nie umieścić, mam nadzieję, że przypadło Wam to do gustu ? :)
Rozdział dla Kasi :) @KatieeStylinson . Żabo, nie wiem, czy naskrobię w najbliższym czasie jakiegoś imagine'a lub one shot'a, więc ten rozdział jest, jak wspomniałam, dla Ciebie :) x
sobota, 19 maja 2012
piątek, 11 maja 2012
#6 "I should've kissed u"
Dni mijały bardzo szybko. Wyżalenie się Harry'emu, pomogło mi się pozbierać. Teraz było mi łatwiej okazywać swoje uczucia, bo wiedziałam, że jest taka osoba, która zawsze mnie wesprze. Był przy mnie za każdym razem, kiedy tego potrzebowałam. Miał w sobie jakiś impuls, który wiedział, kiedy jestem smutna, zła, nerwowa i ten impuls dawał mu o tym znać. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że gdy rzucałam się z płaczem na łóżko, nakrywając głowę poduszką, już po chwili pewien lokaty chłopak siadał obok mnie, odsuwał poduszkę na bok i gładził mnie po włosach? Nic nie mówił, po prostu był.
Mogłam szczerze powiedzieć, że jestem szczęściarą.
-Dlaczego nie wyjedziemy wieczorem? Wolę jechać nocą- marudziłam płci przeciwnej przy śniadaniu.
-Chcemy zajechać do naszych dobrych znajomych- uśmiechnął się Harry.
-Uch, gdzie oni mieszkają?- spytałam.
-Niedaleko.
No tak, to wiele wyjaśnia. Westchnęłam i wgryzłam się w kromkę chleba z jagodowym dżemem. Podniosłam oczy na przyjaciela, który do mnie mrugnął. Wykrzywiłam usta w półuśmiechu. Wydawałoby się, że to taki błahy gest, ale potrafił poprawić humor. Bo czy przyjaciele nie są właśnie od tego, by podnosić cię na duchu?
Wstałam od stołu, by iść jeszcze po coś do jedzenia. Lubiłam samoobsługę, wolny wybór i gwarantowane, że to, co nałożę sobie na talerz, będzie mi smakowało. Nie tak, jak u nas w szkole; gburowata baba z workiem na głowie nakłada mi na talerz wielgachną łyżkę paskudnego, lepkiego...czegoś.
Nabiłam sobie na widelec kawałek melona i robiąc maleńkie gryzy, podeszłam do szklanej ściany, która znajdowała się w restauracji. Pamiętam, że gdy byłam mała zawsze wieczorami siadałam na parapecie i spoglądałam przez okno. Nieważne jakie były widoki, po prostu mnie to odprężało.
Starałam się wpatrzyć w piękne, ośnieżone świerki, jednak moją uwagę przykuło coś innego. Szyba tym razem zaczęła bawić się w lustro. Za moją głową ujrzałam hol, hol w którym siedziałam razem z Niall'em kilka dni temu. Przypomniałam sobie, jak szorstko go wtedy potraktowałam. Choć, jak mam być szczera, nie było to bardzo niegrzeczne. Odkryłam jego kolejną cechę- chłopak jest bardzo wrażliwy. Wyszłam z restauracji i skierowałam się ku kanapie, którą zajmował wtedy blondyn. Rozsiadłam się wygodnie i przymknęłam oczy. Morskie tęczówki chłopaka znów zaczęły się błąkać po mojej głowie, a jego dźwięczny śmiech zadomowił się wewnątrz mnie. Otworzyłam oczy i spuściłam głowę, zastanawiając się nad tym, co by było, gdybym została z nim tu dłużej. Jakie mielibyśmy tematy, czego jeszcze bym się o nim dowiedziała. Wbiłam ręce w materiał kanapy. Nie zrobiłam tego celowo, a jednak...moja prawa dłoń natknęła się na jakiś przedmiot. Przedmiot? Nie. Z zagłębienia kanapy wyjęłam kartkę papieru w kratkę, była poskładana tyle razy, ile się dało. Miałam przeczucia. Z podekscytowaniem zaczęłam ją otwierać, aż w końcu zobaczyłam pochylone pismo.
"Jass? Wiedziałem, że w końcu to znajdziesz. Nie pożegnaliśmy się, ale to dobrze, bo wiem, że już niebawem się spotkamy. Nie sądzę, by to, że się poznaliśmy było, jak to powiedziałaś "czystym przypadkiem."
Niall"
Przeczytałam te kilka zdań dokładnie dziewięć razy. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Nigdy nie wpadłabym na to, żeby zostawić to właśnie w tym miejscu. Mógł to dać przecież Harry'emu. Na pewno by nie przeczytał. Poza tym, co on jakiś jasnowidz? Skąd wiedział, że tu usiądę, szczególnie, że 'zakopał' tą kartkę tak głęboko. I skąd mógł mieć pewność, że się jeszcze spotkamy?
-Jass, co ty tu robisz?- wybił mnie z rozmyślań głos taty.
-Nic- mruknęłam pospiesznie, składając kartkę i chowając ją do tylnej kieszeni spodni.
-Gotowa?
Skinęłam głową i bez słowa powędrowałam na górę po walizki.
-Wszystko w porządku?- Harry patrzył na mnie wyraźnie zaniepokojony. Opierał się o drzwi pasażera. Siedziałam już w samochodzie i czekałam tylko na to, aż wyruszymy.
Wysiliłam się na uśmiech.
-Tak, po prostu jestem ciekawa, co to za znajomi.
-Najlepsi ludzie pod słońcem!- wyszczerzył się i sprzedał mi buziaka w policzek- Zapinaj pasy i do zobaczenia za dwie godzinki.
Patrzyłam, jak odchodzi w stronę swojego samochodu i zajmuje to samo miejsce, co ja. Po chwili usłyszałam obok mnie trzaśnięcie drzwi.
-No to w drogę- huknął mój ojciec i odpalił silnik.
"Wracacie?"- odczytałam sms-a od Sashy, kiedy tata właśnie parkował przy jakimś domku jednorodzinnym.
"Po części. Zatrzymujemy się jeszcze u jakiś znajomych Harry'ego."
"Na noc?"
"Chyba."
"Uuu, tylko weźcie wspólny pokój!" - Matko! Co z niej za mały zboczeniec.
"Zdefiniować Ci słowo 'przyjaciel'?"- odpisałam lekko zirytowana.
"Nie trzeba, wiem, co to znaczy ;)"
Z nią to siedem światów, pomyślałam i wysiadłam z samochodu, a raczej wypadłam wyciągana przez lokatego. Chłopak był wyraźnie podekscytowany.
-Witajcie w Doncaster!- zawołał.
Przewróciłam oczami i podążyłam za nim. Tak w zasadzie to nie miałam innego wyboru, bo moje ręce były uwięzione. Harry otworzył drzwi tak, jakby wchodził do swojego domu.
-Żadnej kultury!- prychnęłam ze śmiechem.
-Jesteśmy!- krzyknął, kompletnie nie zwracając na mnie uwagi.
Po schodach zbiegł... słoń, mamut, struś? Nie wiem, co to było, ale rzuciło się na mojego przyjaciela z takim impetem, że wylądowali na podłodze. Bynajmniej leżąc na tej podłodze, nie przemieszczał się tak prędko i mogłam ocenić, jak wygląda. Brązowe, rozczochrane włosy, bluzka w granatowe paski, czerwone spodnie z dresu i bose stopy właśnie maltretowały Styles'a.
-Hej! Zostaw mojego Harry'ego!- krzyknęłam ze śmiechem.
Chłopak w tempie błyskawicznym stanął na baczność, ukazując przy tym swoją twarz. Swoją...piękną twarz. Mamuniu, jakie on miał oczy! Niebiesko- zielone tęczówki błyszczały się z radości, mimo że jego mina była teraz śmiertelnie poważna.
-Tak jest!- zasalutował mi- Louis Tomlinson, madame- Podałam mu rękę, żeby się przywitać, ale on delikatnie ujął moją dłoń i złożył na niej pocałunek.
Trzymajcie mnie, bo zaraz się rozpłynę!
-Jasmine Brad- uśmiechnęłam się, czując, że moje policzki przyjmują różowa barwę.
-Och, wiem- machnął ręką- Co Harry się o tobie naopowiadał!
Spojrzałam wymownie na mojego przyjaciela, ale on skwitował to tylko śmiechem.
-Chodź, oprowadzę cię po domu- doskoczył do mnie Louis, nadstawiając swoją rękę. Ujęłam ją więc i udając królewską parę, ruszyliśmy naprzód z zamiarem zwiedzenia tego ogromnego domu.
______________
Ugh i jest ten 6. rozdział. Osobiście nie jestem zadowolona, no ale mam nadzieję, że Wam się spodoba.
I pojawił się LOUIE! <3
Btw. tylko 16 komentarzy? :( Dzięki. Wcześniej było więcej. Bloga obserwuje 26 osób ( i oby było ich co raz więcej) , a tylko tyle komentarzy. No cóż, może teraz będzie więcej ;)
Anyway, dziękuję z tyle wejść :)
Love yaa xx
Mogłam szczerze powiedzieć, że jestem szczęściarą.
-Dlaczego nie wyjedziemy wieczorem? Wolę jechać nocą- marudziłam płci przeciwnej przy śniadaniu.
-Chcemy zajechać do naszych dobrych znajomych- uśmiechnął się Harry.
-Uch, gdzie oni mieszkają?- spytałam.
-Niedaleko.
No tak, to wiele wyjaśnia. Westchnęłam i wgryzłam się w kromkę chleba z jagodowym dżemem. Podniosłam oczy na przyjaciela, który do mnie mrugnął. Wykrzywiłam usta w półuśmiechu. Wydawałoby się, że to taki błahy gest, ale potrafił poprawić humor. Bo czy przyjaciele nie są właśnie od tego, by podnosić cię na duchu?
Wstałam od stołu, by iść jeszcze po coś do jedzenia. Lubiłam samoobsługę, wolny wybór i gwarantowane, że to, co nałożę sobie na talerz, będzie mi smakowało. Nie tak, jak u nas w szkole; gburowata baba z workiem na głowie nakłada mi na talerz wielgachną łyżkę paskudnego, lepkiego...czegoś.
Nabiłam sobie na widelec kawałek melona i robiąc maleńkie gryzy, podeszłam do szklanej ściany, która znajdowała się w restauracji. Pamiętam, że gdy byłam mała zawsze wieczorami siadałam na parapecie i spoglądałam przez okno. Nieważne jakie były widoki, po prostu mnie to odprężało.
Starałam się wpatrzyć w piękne, ośnieżone świerki, jednak moją uwagę przykuło coś innego. Szyba tym razem zaczęła bawić się w lustro. Za moją głową ujrzałam hol, hol w którym siedziałam razem z Niall'em kilka dni temu. Przypomniałam sobie, jak szorstko go wtedy potraktowałam. Choć, jak mam być szczera, nie było to bardzo niegrzeczne. Odkryłam jego kolejną cechę- chłopak jest bardzo wrażliwy. Wyszłam z restauracji i skierowałam się ku kanapie, którą zajmował wtedy blondyn. Rozsiadłam się wygodnie i przymknęłam oczy. Morskie tęczówki chłopaka znów zaczęły się błąkać po mojej głowie, a jego dźwięczny śmiech zadomowił się wewnątrz mnie. Otworzyłam oczy i spuściłam głowę, zastanawiając się nad tym, co by było, gdybym została z nim tu dłużej. Jakie mielibyśmy tematy, czego jeszcze bym się o nim dowiedziała. Wbiłam ręce w materiał kanapy. Nie zrobiłam tego celowo, a jednak...moja prawa dłoń natknęła się na jakiś przedmiot. Przedmiot? Nie. Z zagłębienia kanapy wyjęłam kartkę papieru w kratkę, była poskładana tyle razy, ile się dało. Miałam przeczucia. Z podekscytowaniem zaczęłam ją otwierać, aż w końcu zobaczyłam pochylone pismo.
"Jass? Wiedziałem, że w końcu to znajdziesz. Nie pożegnaliśmy się, ale to dobrze, bo wiem, że już niebawem się spotkamy. Nie sądzę, by to, że się poznaliśmy było, jak to powiedziałaś "czystym przypadkiem."
Niall"
Przeczytałam te kilka zdań dokładnie dziewięć razy. Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Nigdy nie wpadłabym na to, żeby zostawić to właśnie w tym miejscu. Mógł to dać przecież Harry'emu. Na pewno by nie przeczytał. Poza tym, co on jakiś jasnowidz? Skąd wiedział, że tu usiądę, szczególnie, że 'zakopał' tą kartkę tak głęboko. I skąd mógł mieć pewność, że się jeszcze spotkamy?
-Jass, co ty tu robisz?- wybił mnie z rozmyślań głos taty.
-Nic- mruknęłam pospiesznie, składając kartkę i chowając ją do tylnej kieszeni spodni.
-Gotowa?
Skinęłam głową i bez słowa powędrowałam na górę po walizki.
-Wszystko w porządku?- Harry patrzył na mnie wyraźnie zaniepokojony. Opierał się o drzwi pasażera. Siedziałam już w samochodzie i czekałam tylko na to, aż wyruszymy.
Wysiliłam się na uśmiech.
-Tak, po prostu jestem ciekawa, co to za znajomi.
-Najlepsi ludzie pod słońcem!- wyszczerzył się i sprzedał mi buziaka w policzek- Zapinaj pasy i do zobaczenia za dwie godzinki.
Patrzyłam, jak odchodzi w stronę swojego samochodu i zajmuje to samo miejsce, co ja. Po chwili usłyszałam obok mnie trzaśnięcie drzwi.
-No to w drogę- huknął mój ojciec i odpalił silnik.
"Wracacie?"- odczytałam sms-a od Sashy, kiedy tata właśnie parkował przy jakimś domku jednorodzinnym.
"Po części. Zatrzymujemy się jeszcze u jakiś znajomych Harry'ego."
"Na noc?"
"Chyba."
"Uuu, tylko weźcie wspólny pokój!" - Matko! Co z niej za mały zboczeniec.
"Zdefiniować Ci słowo 'przyjaciel'?"- odpisałam lekko zirytowana.
"Nie trzeba, wiem, co to znaczy ;)"
Z nią to siedem światów, pomyślałam i wysiadłam z samochodu, a raczej wypadłam wyciągana przez lokatego. Chłopak był wyraźnie podekscytowany.
-Witajcie w Doncaster!- zawołał.
Przewróciłam oczami i podążyłam za nim. Tak w zasadzie to nie miałam innego wyboru, bo moje ręce były uwięzione. Harry otworzył drzwi tak, jakby wchodził do swojego domu.
-Żadnej kultury!- prychnęłam ze śmiechem.
-Jesteśmy!- krzyknął, kompletnie nie zwracając na mnie uwagi.
Po schodach zbiegł... słoń, mamut, struś? Nie wiem, co to było, ale rzuciło się na mojego przyjaciela z takim impetem, że wylądowali na podłodze. Bynajmniej leżąc na tej podłodze, nie przemieszczał się tak prędko i mogłam ocenić, jak wygląda. Brązowe, rozczochrane włosy, bluzka w granatowe paski, czerwone spodnie z dresu i bose stopy właśnie maltretowały Styles'a.
-Hej! Zostaw mojego Harry'ego!- krzyknęłam ze śmiechem.
Chłopak w tempie błyskawicznym stanął na baczność, ukazując przy tym swoją twarz. Swoją...piękną twarz. Mamuniu, jakie on miał oczy! Niebiesko- zielone tęczówki błyszczały się z radości, mimo że jego mina była teraz śmiertelnie poważna.
-Tak jest!- zasalutował mi- Louis Tomlinson, madame- Podałam mu rękę, żeby się przywitać, ale on delikatnie ujął moją dłoń i złożył na niej pocałunek.
Trzymajcie mnie, bo zaraz się rozpłynę!
-Jasmine Brad- uśmiechnęłam się, czując, że moje policzki przyjmują różowa barwę.
-Och, wiem- machnął ręką- Co Harry się o tobie naopowiadał!
Spojrzałam wymownie na mojego przyjaciela, ale on skwitował to tylko śmiechem.
-Chodź, oprowadzę cię po domu- doskoczył do mnie Louis, nadstawiając swoją rękę. Ujęłam ją więc i udając królewską parę, ruszyliśmy naprzód z zamiarem zwiedzenia tego ogromnego domu.
______________
Ugh i jest ten 6. rozdział. Osobiście nie jestem zadowolona, no ale mam nadzieję, że Wam się spodoba.
I pojawił się LOUIE! <3
Btw. tylko 16 komentarzy? :( Dzięki. Wcześniej było więcej. Bloga obserwuje 26 osób ( i oby było ich co raz więcej) , a tylko tyle komentarzy. No cóż, może teraz będzie więcej ;)
Anyway, dziękuję z tyle wejść :)
Love yaa xx
czwartek, 3 maja 2012
#5 "I'll take u to another world"
Usiadłam naprzeciw Niall'a i podałam mu zimny okład. Uśmiechnął się do mnie ciepło. Lubiłam go, bardzo. Był sympatyczny, uroczy, nieśmiały no i wesoły. Nie wiedziałam, że w tak krótkim czasie można tak dobrze poznać człowieka. Ale może to ze wzlędu na sytuację? Chłopak osłabiony nocną tragedią, nie miał siły, żeby na przykład ukryć swoje emocje. Kto wie?
Odwzajemniłam uśmiech i spojrzałam mu w oczy. Za każdym razem, gdy to robiłam jego wzrok przeszywał mnie na wylot. Niebieskie, niebieskie jak ocean tęczówki były cudownie przerażające. To wszystko było tak wyjątkowe i niespotykane, że mój umysł odmawiał posłuszeństwa.
-Jass?- Z ruchu warg blondyna odczytałam moje imię.
-Przepraszam- otrząsnęłam się- Mówiłeś coś?
-Owszem- wykrzywił swoje delikatnie różowe usta w sarkastyczny uśmiech- Pytałem, jak się czujesz.
Zarumieniłam się. Byłam tak zaabsorbowana jego widokiem, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, co do mnie mówi. No ale czy to moja wina? Kto tu przykuwał czyją uwagę?
Skinęłam głową.
-Wszystko dobrze. Jestem trochę zmęczona i wciąż nie mogę pozbyć się z pamięci tego, jak on...cię postrzelił- wydukałam- Myślałam, że nie żyjesz.
-Zapomnij o tym. To było i nie wróci, przynajmniej będziemy mieli, co wspominać.
-Będziemy...
Uśmiechnęłam się słabo. Z pewnością, lecz nie będą to miłe wspomnienia.
-Dlaczego?- blondyn momentalnie posmutniał.
Osz Jasmine! Czy ty powiedziałaś to na głos?
-Dla mnie będą to jak najbardziej miłe wspomnienia. Dzięki temu poznałem ciebie i Harry'ego- kontynuował.
Zrobiło mi się głupio. Powinnam zacząć się kontrolować. Sprawiłam chłopakowi przykrość, chociaż wcale nie chciałam. Tyle że...od kiedy to mnie przejmują uczucia innych? Jezu, co ja w ogóle robię? Moje myśli ciągle krążą w okół chłopaka, którego przecież NIE znam.
Nie, to nieprawda, że człowieka można poznać w tak krótkim czasie. Wcale go nie znam i nie mam zamiaru poznać. Mam przyjaciół w Londynie i oni mi wystarczą. Po co mi kolejni? Zdecydowanie ich nie potrzebuję.
-Ta- mruknęłam- Czysty przypadek- rzuciłam w kierunku mojego towarzysza, który wbił we mnie swoje zszokowane ślepia. Wyłącz swoje uczucia, powtarzałam sobie w myślach. Wyłącz swoje uczucia.
-A teraz wybacz, ale idę do pokoju. W tej chwili jedyne, na co mam ochotę to sen! Tylko i wyłącznie- dodałam i zostawiłam zranionego i smutnego blondyna samego w hotelowym holu. Nie czekałam na windę, udałam się prosto na schody. Zapomnij, zapomnij, mówiłam wciąż do siebie. Nie zrobiłaś nic złego. Po prostu pokazałaś mu prawdziwą siebie, a właśnie to zawsze powtarzała ci mama, prawda? "Bez względu na sytuację, zawsze pozostań sobą." Mamy przecież trzeba słuchać.
Rozdrażniona weszłam do pokoju i trzasnęłam drzwiami, nie zwracając uwagi na mojego śpiącego, skacowanego tatusia. Rzuciłam się na łóżko i nakryłam głowę poduszką. Co ja robię do cholery? Kogo ja udaję? Co ja sobie wyobrażam? Przecież tak wcale nie będzie lepiej. Ze łzami w oczach odłożyłam poduszkę na bok i uniosłam się na łokciu. Przed moimi zamglonymi oczami znalazło się zdjęcie, które zawsze znajdowało się na szafce nocnej przy moim łóżku. Zawsze, niezależnie od tego, gdzie bym nie pojechała. Patrzyłam na wysokiego, ciemnego bruneta, który obejmował dziesięcioletnią Jasmine, robiącą głupią minę. Spoglądał na nią z góry i śmiał się. Śmiał się szczerze z jej wygłupów. Z moich wygłupów.
Przypomniałam sobie rysy jego twarzy, każdy szczegół. Orzechowe oczy, identyczne jak moje. Kaszmirowe usta, identyczne jak moje. Zmarszczki na czole, identyczne jak moje. I nawet te słodkie dołeczki, identyczne jak moje. Jedynie nasze włosy miały inny kolor. To było to, co nas różniło. Tęskniłam, tak cholernie tęskniłam...
-Psst...
Rozejrzałam się po pokoju. Wydawało mi się, że słyszałam jakiś szmer.
-Psst, Jass- Nie, nie przesłyszałam się. Dźwięk dobiegał z tarasu. Podniosłam się ciężko z łóżka i ubierając bluzę, wyszłam na zewnątrz. Na balkonie, a w zasadzie na poręczy balkonu obok mnie, siedział Harry i wymachiwał swoimi dolnymi kończynami, jak niedorobiony przedszkolak, co wywołało u mnie śmiech.
-Wskakuj- poklepał barierkę mojego balkonu.
Pokręciłam głową.
-Z moimi zdolnościami, zlecę.
-Nie marudź- przewrócił oczami.
Niezbyt zgrabnie wgramoliłam się i usiadłam obok niego. Lokaty podał mi do ręki piwo. Spojrzałam na niego pytająco, ale on tylko wskazał swój pokój, gdzie jak sądziłam również, podobnie jak u mnie, leczył sobie kaca jego skacowany tata. Co to za problem w takim razie podkraść mu dwie butelki. Wzięłam od niego otwieracz w kształcie TELETUBISIA? Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem.
-Uspokój się- syknął, sam z trudem powstrzymując się od śmiechu- Dostałem w prezencie.
-Ok- wydukałam- Przypomnij mi jak będziemy w mieście, ja ci zafunduję coś lepszego.
Pokręcił głową z uśmiechem na twarzy i pociągnął łyk z butelki.
-Co z Niall'em?- spytał, a moja mina momentalnie zrzedła.
-Nie wiem.
-Pożegnaliście się?
-Co?
-Wyjechał już przecież.
-Co?
-Ogłuchłaś? Wyjechał do Irlandii.
No to ładnie. Nawet się z nim nie pożegnałam. Chociaż to głupie "cześć". Nie zaszkodziłoby, prawda? Ale mógł przyjść, powiedzieć, że wyjeżdża. Ja nie wiedziałam, to nie moja wina. Gdyby mu zależało, to by przyszedł.
-Coś się stało?- zerknął na mnie Harry.
-Małe spięcie. Możemy zmienić temat?
Przytaknął.
-Tylko jeszcze jedno. Prosił, żeby cię pozdrowić.
Uśmiechnęłam się w duchu. Może nie zawalił tego tak do końca. Tyle że już się raczej nie spotkamy. Najwidoczniej...tak miało być.
-Hej- chłopak ujął mnie pod brodę- Płakałaś?
Zaprzeczyłam. Nie chciałam, by znał prawdę.
-Nie oszukasz mnie.
Westchnęłam. Dlaczego on musi wszystko wiedzieć? Nie możliwe, żebym aż tak źle wyglądała, w końcu uroniłam tylko kilka łez.
-Co się stało?
Wiedziałam, że muszę mu to powiedzieć. Zasługiwał na to, zachowywał się jak prawdziwy przyjaciel. Kiedy w głowie zaczęłam sobie wszystko układać, nie wytrzymałam. Zeskoczyłam z barierki i osunęłam się po ścianie. Moja głowa mimowolnie powędrowała do kolan, przez co moje spodnie stawały się mokre. Pociągałam nosem, jak dziecko pierwszego dnia przedszkola. Nie potrafiłam się opanować, tylko chlipałam i chlipałam.
-Jass- szepnął Harry i już po chwili siedział obok i obejmował mnie ramieniem. Wtuliłam się w niego i pozwoliłam, by moje łzy moczyły po kolei wszystko, co napotkają. On tylko głaskał mnie po plecach i co chwilę szeptał, żebym się uspokoiła, że wszystko jest dobrze i że on jest obok. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Nie chciałam spojrzeć teraz w lustro, ale wiedziałam, że dla niego nie liczy się to, jak wyglądam.
-Dziękuję, że jesteś- chlipnęłam.
-Zawsze będę- pogładził moje włosy.
Uśmiechnęłam się przez łzy i przetarłam twarz.
-Chciałeś wiedzieć, o co mi chodzi...
Chłopak tylko skinął głową.
-Więc teraz ci wszystko opowiem.
Usadowiłam się wygodniej i spojrzałam na poszarzałe już niebo.
*3 lata wcześniej*
Spojrzałam za okno. Śnieg pięknie sypał. Idealny styczniowy wieczór.
-To był Derek, prawda?- spytała mnie mama, uśmiechając się, a ja przytaknęłam.
-Głąb. Nigdy więcej takiego chłopaka. Teraz będę uważniej dobierać.
-Dziecko, miałaś wtedy dziesięć lat.
Wzruszyłam ramionami i usiadłam na sofie obok mojej siostry. Lubiłam te babskie wieczory. Herbata, ciastka i rozmowy do późnej nocy. Tata i Drew na meczu, a później pewnie pójdą na spotkanie z kolegami taty. Cieszyłam się, że mam tak zgraną rodzinę. Mało kto miał takie szczęście. Dwa lata młodsza siostra, trzy lata starszy brat. Jak dobrze, że byłam tą środkową. Ani nie musiałam za wiele robić, ani nie miałam wielu ograniczeń.
-Oglądamy jakiś film?- zaproponowała mama.
-Jasne, czemu nie!- ucieszyłam się i ruszyłam w stronę półki z płytami, ale w połowie drogi zatrzymał mnie dźwięk otwieranych drzwi.
-Tato? Co tak wcześnie?- dałam mu buziaka w policzek i już chciałam rzucić się na Drew, ale nie miałam na kogo.
-Gdzie Drew?- spytałam.
-Został u Mike'a- powiedział tata, rzucając klucze na komodę i ściągając kurtkę- Chyba na noc.
-A, w porządku- uśmiechnęłam się- Oglądasz z nami film?
-Przepraszam, nie mam ochoty. Pójdę się dziś wcześniej położyć, a wy kończcie to, co zaczęłyście.
Skinęłam wyrozumiale głową i z płytą w ręce przykucnęłam przed DVD.
-Coś mi tu nie pasuje- mruknęła moja mama wyraźnie zdenerwowana- Jass, idź zadzwonić do Mike'a, proszę.
Zaczęłam się denerwować. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale posłusznie poszłam na górę do swojego pokoju i wykręciłam numer do najlepszego przyjaciela brata.
-Cześć!- usłyszałam wesoły głos po drugiej stronie.
-Jak tam? Balujecie z Drew?- spytałam równie wesoło.
-Drew? Ale jego u mnie nie ma.
Zamarłam. Przecież tata wyraźnie powiedział...
-Tata mówił, że jest u ciebie.
-Nie, mieliśmy się jutro spotkać. Mówił, że dziś po meczu pewnie wróci zmęczony- stwierdził chłopak.
-Ok, dzięki- wydukałam.
-Daj znać, jak dowiesz się czegokolwiek.
Obiecałam, że dam znać i rzuciłam komórkę na łóżko. Popędziłam na dół.
-Nie ma go u Mike'a!- wydyszałam.
***
- Dzień później stwierdzono zgon- szepnęłam- Dostałyśmy telefon ze szpitala. Taty wtedy nie było w domu. Teraz rozumiesz?-Ale...- Harry drżał- Jak...on zginął?
-Ojciec pozwolił mu prowadzić samochód w drodze powrotnej. Idiota- prychnęłam.
-Wybacz, ale muszę się z tobą zgodzić.
-"Wybacz"? Ja go nienawidzę! Możesz go obrażać przy mnie tyle razy, ile zechcesz.
Objął mnie czule. Czułam, że dzieli ten ból ze mną. Nikomu tego nie opowiadałam. Nawet Mike'owi, zrobiła to za mnie Sasha. Nie potrafiłam. Ból był nie do wytrzymania.
-Po tym wydarzeniu zaszyłam się w swoim pokoju na blisko dwa tygodnie. Piłam tylko wodę, a jadłam jedynie jabłka. Schudłam osiem kilo. Osiem kilo w czternaście dni! Rozumiesz to?! Nikogo nie wpuszczałam do środka. Nie odbierałam telefonów- Już nie było mi przykro, mówiłam o tym z wściekłością, bo uświadamiałam sobie na nowo, że to wszystko wina ojca- Teraz, za każdym razem, kiedy sobie pomyślę, że już nigdy nie usłyszę jego głosu, tego śmiechu, że już NIGDY go nie zobaczę, mam ochotę zabić tego, kto mnie spłodził. Nigdy mu nie wybaczę.
-Ciii, już dobrze- odezwał Harry i znów przygarnął mnie do siebie.
-Był moim najlepszym przyjacielem- szepnęłam.
_________
strasznie Was przepraszam, że tak długo nie dodawałam . kompletny brak czasu. ale pomęczyłam się nad tym rozdziałem i mam nadzieję, że się Wam spodoba :) x
Cholernie jestem Wam wdzięczna za ilość wejść, obserwujących i komentarzy. Mam tylko nadzieję, że będzie ta ilość rosła :) x
A rozdział dedykuje wszystkim, którzy ostatnio musieli się zmierzyć z jakąkolwiek "stratą" <3
Love yaa xx
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
#4 "Coz you've got, the one thing"
Obudziły mnie jakieś huki i strzały. Z jękiem podniosłam głowę i rozejrzałam się.
-Harry, co to było?
-Nic, nic, śpij dalej- powiedział wymijająco, przyciągając mnie do siebie.
-Harry- spojrzałam na niego surowo- Co to były za huki?
-Zdawało ci się tylko...
-Czy ja wyglądam na głupią?- warknęłam- Dobrze widzę, że wiesz o co chodzi. Nie oszukasz mnie.
Westchnął przeciągle.
-Nie chcę cię denerwować.
-Powiedz mi, proszę.
-Wystarczy, że tam spojrzysz- wskazał palcem na las, który rozciągał się po lewej stronie stoku- Ale schowaj się tak, żeby nie było cię widać- dodał pospiesznie i sam zmienił pozycję na pół- leżącą.
Wyjrzałam ostrożnie. Z początku zauważyłam tylko jakieś cienie, w końcu było nad ranem, moje oczy nie były przyzwyczajone. Podniosłam głowę trochę wyżej, żeby lepiej widzieć.
Strzał. Krzyk. Śmiech. Łamanie gałęzi.
-Czy my tu jesteśmy bezpieczni?- wydukałam, starając się ocenić sytuację.
-Póki nas nie widać- tak.
Właśnie wtedy z lasu wybiegło dwóch mężczyzn. Pędzili, robiąc przy tym uniki. Obydwoje trzymali w rękach niewielkie, czarne pistolety. Zaczęłam się trząść.
-Tylko nie panikuj- odezwał się Harry, drżącym głosem- To najgorsze, co mogłabyś zrobić.
-Przecież oni się pozabijają.
-Spokojnie.
-Jak mogę być spokojna? Co jak jeden strzeli w złym kierunku i ja oberwę?!
-Jass, schizujesz- skrzywił się.
-Nie schizuję, przecież to możliwe!
Jak on mógł być tak spokojny, kiedy pod nami rozgrywała się taka scena? Ani trochę się nie martwił? A co jeśli nas zauważą? Wystarczyłoby tylko, że spojrzą w górę i...
Strzał. A potem już tylko echo...
-Czy on...?- łkałam.
-Tak, Jasmine, najprawdopodobniej.
Nie, nie, nie . Nie mogłam w to uwierzyć. Byłam świadkiem morderstwa. Sprawca właśnie uciekał, biegł na dół. Bał się, czy był zadowolony z tego, co zrobił? Tego nie wiem...Wiedziałam na pewno, że nawet jeśli bardzo chciałam teraz za nim krzyknąć, nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam się zdradzić.
-Co teraz?- Mimo tego, że morderca był już daleko, ciągle mówiłam cicho. Tak jakbym bała się, że mnie usłyszy.
-Chyba musimy czekać, aż wyciąg ruszy- wzruszył ramionami.
-To jeszcze jakieś cztery godziny...
-A mamy inne wyjście?
-Tak, ja skaczę!- wyrwałam się z jego objęć.
-Oszalałaś?!- krzyknął.
W tym momencie coś zrozumiałam. Ten jego ton głosu...on się o mnie martwił. Martwił się tak, jakbym była jego młodszą siostrą. Przestraszył się, że coś mi się stanie. Ucieszyło mnie to. Podobał mi się fakt, że jakiś chłopak mnie wreszcie zrozumiał. Nigdy nie miałam przyjaciela, zawsze trzymałam się w gronie dziewczyn. Tak było łatwiej.
-Musimy coś zrobić- powiedziałam cicho- Może nie jest jeszcze za późno? Chcesz go tak zostawić?
Spojrzał na mnie nieufnie.
-Tu nie jest wysoko- dodałam.
-To dlaczego nie zeskoczyłaś wcześniej? Zaraz po tym, jak wyciąg stanął?
-Bałam się.
-A teraz się nie boisz?
-Boję.
-Nigdy nie zrozumiem kobiet- mruknął pod nosem.
-Nawzajem kochasiu.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w dół. Nie jest wysoko, dasz radę Jass, powiedziałam do siebie w myślach. Zacisnęłam powieki.
-No to skaczę.
Wiatr zaatakował moją twarz, niczym dziki tygrys. Dotknęłam gruntu i poturlałam się kilka metrów niżej.
-Widzisz...żyję!- krzyknęłam, wypluwając śnieg- Skacz!
Nim zdążyłam się ogarnąć, stał już obok mnie.
-Na pewno nic ci nie jest? Wszystko w porządku?- prowadził monolog- Jesteś pewna? Masz dziwną minę. Jass, odezwij się no!
Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem.
-Tak głupku, wszystko dobrze- rozczochrałam mu włosy- Chodź, zobaczymy, co z tym chłopakiem.
Pociągnęłam go w stronę wypadku. Nie chciałam tego widzieć, naprawdę nie chciałam, ale czułam, że taka jest moja powinność. Wciąż była możliwość, że on żyje, nie mogliśmy tego nie sprawdzić.
-Nie dostał w serce- stwierdził Harry, kiedy ja zakrywając twarz dłońmi, starałam się opanować- Hej, pomożesz mi, czy będziesz tak stać? Trzeba to wyciągnąć!
-Co?! Mam wyciągać...Nie! Nie zrobię tego, nie potrafię- machnęłam rękami, odchodząc na bok.
-Mam tutaj scyzoryk- kontynuował- Pomożesz, czy nie? Mogę zrobić to sam, ale nie gwarantuję, że zrobię to dobrze.
Zerknęłam na rannego. Spocone blond włosy oblepiały jego twarz, niebieska kurtka była rozpięta i ubrudzona, białe polo, choć nie jestem taka pewna czy białe, było całe podarte, z krwi. Chłopak wyglądał tak niewinnie. Musiałam mu pomóc. Westchnęłam i przyklękłam obok Harry'ego.
-Co mam robić?- spytałam dzielnie.
-Spróbuj otworzyć ranę.
-Fuj, przecież to..
-Jass!
-Okej, już, już.
Co prawda zrobiłam to, o co prosił, ale nie patrzyłam na poranione miejsce. Mój wzrok był skierowany na twarzy rannego. Oddychał, żył.
-Proszę, nie ruszaj się- szepnął Harry w skupieniu- Jeszcze tylko chwilka.
-Dobrze, wytrzymam.
Nie, tego nie powiedziałam ja. Za nami także nikt nie stał. Uradowana patrzyłam prosto w niebieskie oczy blondyna. Były takie szczere i pełne bólu. Patrzyłam na usta, z których przed chwilą wydobyły się te słowa.
-Dlaczego nie zadzwoniłeś po prostu po karetkę?- spytałam nagle.
-Bo nie mam zasięgu?- odpowiedział pytaniem na pytanie- Chyba logiczne, że najpierw bym zadzwonił, gdybym miał taką możliwość.
-Mogłam wziąć telefon- mruknęłam.
-Myślisz, że ty byś złapała zasięg?
-Oczywiście- parsknęłam sarkastycznie, zdając sobie właśnie sprawę z własnej głupoty.
-Zagadaj go- rzucił lokaty, zmieniając temat- To jeszcze chwilę potrwa.
No jasne, po prostu chciał się mnie pozbyć, przeszkadzałam mu.
-Hej- uśmiechnęłam się- Jak się nazywasz?
-Niall- jęknął.
-Miło mi, Jasmine. Jesteś stąd?
Pokręcił głową.
-Irlandia.
-Ooo, piękny kraj.
-Byłaś tam kiedyś?- spytał wyraźnie zaciekawiony, zapominając o bólu.
-Tak, u cioci. Przeprowadziła się kilka lat temu. Ja mieszkam w Londynie- powiedziałam.
-Narty?
Przytaknęłam.
-Gotowe!- uratował mnie Harry. Już nie wiedziałabym, o czym z nim rozmawiać- Lepiej?
-Chyba tak- starał się podnieść- Zdecydowanie. Dziękuję wam.
-Nie ma problemu. Przydałoby się zadzwonić po lekarza mimo wszystko- zauważyłam- Trzeba to oczyścić.
-Nie mam telefonu- skrzywił się Niall.
-W takim razie, musimy iść na dół- wzruszyłam ramionami- Dasz radę?
-Dam, ale to będzie długa droga.
-Nam się nie spieszy- zachichotałam- Nasi ojcowie pewnie teraz słodko śpią, a jak wstaną będą leczyć kaca.
- Zgadzam się w stu procentach- Harry przybił mi piątkę.
-A buty?
Wybuchnęliśmy śmiechem.
-Co buty?- zdziwił się blondyn- O rany, gdzie wy macie buty?
-Długa historia- stwierdziłam- Zaraz ci opowiemy.
Śmiejąc się, ruszyliśmy z Harrym po nasze obuwie. Nałożyliśmy je byle jak. Nart nawet nie było, co brać. Całe połamane, a ja w dodatku znalazłam moją tylko jedną.
-Gotowi?- spytał Niall, kiedy stanęliśmy obok niego.
Zasalutowałam.
-Panie przodem- odezwał się Harry.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Cóż za dżen...
-Ała! Tak się bawimy?- zawołałam, strzepując z głowy śnieg- No to się doigrałeś!
_______________________
Cześć, 4 rozdział jak widzicie skończony? Podobał się? Mam taką szczerą nadzieję :)
Jeju, pod ostatnim rozdziałem 19 KOMENTARZY! Tak się strasznie cieszę. Aż 16 osób obserwuję mój blog? Proszę, komentujcie dalej moje rozdziały oraz jeżeli nie obserwujecie, obserwujcie. To dla mnie naprawdę wiele znaczy. Cieszę się, że komuś się podobają te wypociny :)
Love ya xx
-Harry, co to było?
-Nic, nic, śpij dalej- powiedział wymijająco, przyciągając mnie do siebie.
-Harry- spojrzałam na niego surowo- Co to były za huki?
-Zdawało ci się tylko...
-Czy ja wyglądam na głupią?- warknęłam- Dobrze widzę, że wiesz o co chodzi. Nie oszukasz mnie.
Westchnął przeciągle.
-Nie chcę cię denerwować.
-Powiedz mi, proszę.
-Wystarczy, że tam spojrzysz- wskazał palcem na las, który rozciągał się po lewej stronie stoku- Ale schowaj się tak, żeby nie było cię widać- dodał pospiesznie i sam zmienił pozycję na pół- leżącą.
Wyjrzałam ostrożnie. Z początku zauważyłam tylko jakieś cienie, w końcu było nad ranem, moje oczy nie były przyzwyczajone. Podniosłam głowę trochę wyżej, żeby lepiej widzieć.
Strzał. Krzyk. Śmiech. Łamanie gałęzi.
-Czy my tu jesteśmy bezpieczni?- wydukałam, starając się ocenić sytuację.
-Póki nas nie widać- tak.
Właśnie wtedy z lasu wybiegło dwóch mężczyzn. Pędzili, robiąc przy tym uniki. Obydwoje trzymali w rękach niewielkie, czarne pistolety. Zaczęłam się trząść.
-Tylko nie panikuj- odezwał się Harry, drżącym głosem- To najgorsze, co mogłabyś zrobić.
-Przecież oni się pozabijają.
-Spokojnie.
-Jak mogę być spokojna? Co jak jeden strzeli w złym kierunku i ja oberwę?!
-Jass, schizujesz- skrzywił się.
-Nie schizuję, przecież to możliwe!
Jak on mógł być tak spokojny, kiedy pod nami rozgrywała się taka scena? Ani trochę się nie martwił? A co jeśli nas zauważą? Wystarczyłoby tylko, że spojrzą w górę i...
Strzał. A potem już tylko echo...
-Czy on...?- łkałam.
-Tak, Jasmine, najprawdopodobniej.
Nie, nie, nie . Nie mogłam w to uwierzyć. Byłam świadkiem morderstwa. Sprawca właśnie uciekał, biegł na dół. Bał się, czy był zadowolony z tego, co zrobił? Tego nie wiem...Wiedziałam na pewno, że nawet jeśli bardzo chciałam teraz za nim krzyknąć, nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam się zdradzić.
-Co teraz?- Mimo tego, że morderca był już daleko, ciągle mówiłam cicho. Tak jakbym bała się, że mnie usłyszy.
-Chyba musimy czekać, aż wyciąg ruszy- wzruszył ramionami.
-To jeszcze jakieś cztery godziny...
-A mamy inne wyjście?
-Tak, ja skaczę!- wyrwałam się z jego objęć.
-Oszalałaś?!- krzyknął.
W tym momencie coś zrozumiałam. Ten jego ton głosu...on się o mnie martwił. Martwił się tak, jakbym była jego młodszą siostrą. Przestraszył się, że coś mi się stanie. Ucieszyło mnie to. Podobał mi się fakt, że jakiś chłopak mnie wreszcie zrozumiał. Nigdy nie miałam przyjaciela, zawsze trzymałam się w gronie dziewczyn. Tak było łatwiej.
-Musimy coś zrobić- powiedziałam cicho- Może nie jest jeszcze za późno? Chcesz go tak zostawić?
Spojrzał na mnie nieufnie.
-Tu nie jest wysoko- dodałam.
-To dlaczego nie zeskoczyłaś wcześniej? Zaraz po tym, jak wyciąg stanął?
-Bałam się.
-A teraz się nie boisz?
-Boję.
-Nigdy nie zrozumiem kobiet- mruknął pod nosem.
-Nawzajem kochasiu.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w dół. Nie jest wysoko, dasz radę Jass, powiedziałam do siebie w myślach. Zacisnęłam powieki.
-No to skaczę.
Wiatr zaatakował moją twarz, niczym dziki tygrys. Dotknęłam gruntu i poturlałam się kilka metrów niżej.
-Widzisz...żyję!- krzyknęłam, wypluwając śnieg- Skacz!
Nim zdążyłam się ogarnąć, stał już obok mnie.
-Na pewno nic ci nie jest? Wszystko w porządku?- prowadził monolog- Jesteś pewna? Masz dziwną minę. Jass, odezwij się no!
Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem.
-Tak głupku, wszystko dobrze- rozczochrałam mu włosy- Chodź, zobaczymy, co z tym chłopakiem.
Pociągnęłam go w stronę wypadku. Nie chciałam tego widzieć, naprawdę nie chciałam, ale czułam, że taka jest moja powinność. Wciąż była możliwość, że on żyje, nie mogliśmy tego nie sprawdzić.
-Nie dostał w serce- stwierdził Harry, kiedy ja zakrywając twarz dłońmi, starałam się opanować- Hej, pomożesz mi, czy będziesz tak stać? Trzeba to wyciągnąć!
-Co?! Mam wyciągać...Nie! Nie zrobię tego, nie potrafię- machnęłam rękami, odchodząc na bok.
-Mam tutaj scyzoryk- kontynuował- Pomożesz, czy nie? Mogę zrobić to sam, ale nie gwarantuję, że zrobię to dobrze.
Zerknęłam na rannego. Spocone blond włosy oblepiały jego twarz, niebieska kurtka była rozpięta i ubrudzona, białe polo, choć nie jestem taka pewna czy białe, było całe podarte, z krwi. Chłopak wyglądał tak niewinnie. Musiałam mu pomóc. Westchnęłam i przyklękłam obok Harry'ego.
-Co mam robić?- spytałam dzielnie.
-Spróbuj otworzyć ranę.
-Fuj, przecież to..
-Jass!
-Okej, już, już.
Co prawda zrobiłam to, o co prosił, ale nie patrzyłam na poranione miejsce. Mój wzrok był skierowany na twarzy rannego. Oddychał, żył.
-Proszę, nie ruszaj się- szepnął Harry w skupieniu- Jeszcze tylko chwilka.
-Dobrze, wytrzymam.
Nie, tego nie powiedziałam ja. Za nami także nikt nie stał. Uradowana patrzyłam prosto w niebieskie oczy blondyna. Były takie szczere i pełne bólu. Patrzyłam na usta, z których przed chwilą wydobyły się te słowa.
-Dlaczego nie zadzwoniłeś po prostu po karetkę?- spytałam nagle.
-Bo nie mam zasięgu?- odpowiedział pytaniem na pytanie- Chyba logiczne, że najpierw bym zadzwonił, gdybym miał taką możliwość.
-Mogłam wziąć telefon- mruknęłam.
-Myślisz, że ty byś złapała zasięg?
-Oczywiście- parsknęłam sarkastycznie, zdając sobie właśnie sprawę z własnej głupoty.
-Zagadaj go- rzucił lokaty, zmieniając temat- To jeszcze chwilę potrwa.
No jasne, po prostu chciał się mnie pozbyć, przeszkadzałam mu.
-Hej- uśmiechnęłam się- Jak się nazywasz?
-Niall- jęknął.
-Miło mi, Jasmine. Jesteś stąd?
Pokręcił głową.
-Irlandia.
-Ooo, piękny kraj.
-Byłaś tam kiedyś?- spytał wyraźnie zaciekawiony, zapominając o bólu.
-Tak, u cioci. Przeprowadziła się kilka lat temu. Ja mieszkam w Londynie- powiedziałam.
-Narty?
Przytaknęłam.
-Gotowe!- uratował mnie Harry. Już nie wiedziałabym, o czym z nim rozmawiać- Lepiej?
-Chyba tak- starał się podnieść- Zdecydowanie. Dziękuję wam.
-Nie ma problemu. Przydałoby się zadzwonić po lekarza mimo wszystko- zauważyłam- Trzeba to oczyścić.
-Nie mam telefonu- skrzywił się Niall.
-W takim razie, musimy iść na dół- wzruszyłam ramionami- Dasz radę?
-Dam, ale to będzie długa droga.
-Nam się nie spieszy- zachichotałam- Nasi ojcowie pewnie teraz słodko śpią, a jak wstaną będą leczyć kaca.
- Zgadzam się w stu procentach- Harry przybił mi piątkę.
-A buty?
Wybuchnęliśmy śmiechem.
-Co buty?- zdziwił się blondyn- O rany, gdzie wy macie buty?
-Długa historia- stwierdziłam- Zaraz ci opowiemy.
Śmiejąc się, ruszyliśmy z Harrym po nasze obuwie. Nałożyliśmy je byle jak. Nart nawet nie było, co brać. Całe połamane, a ja w dodatku znalazłam moją tylko jedną.
-Gotowi?- spytał Niall, kiedy stanęliśmy obok niego.
Zasalutowałam.
-Panie przodem- odezwał się Harry.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Cóż za dżen...
-Ała! Tak się bawimy?- zawołałam, strzepując z głowy śnieg- No to się doigrałeś!
_______________________
Cześć, 4 rozdział jak widzicie skończony? Podobał się? Mam taką szczerą nadzieję :)
Jeju, pod ostatnim rozdziałem 19 KOMENTARZY! Tak się strasznie cieszę. Aż 16 osób obserwuję mój blog? Proszę, komentujcie dalej moje rozdziały oraz jeżeli nie obserwujecie, obserwujcie. To dla mnie naprawdę wiele znaczy. Cieszę się, że komuś się podobają te wypociny :)
Love ya xx
niedziela, 8 kwietnia 2012
#3 "I wanna lay beside you"
Spojrzał na mnie smutno, wyraźnie urażony moim rozwścieczonym tonem. Trudno, jeżeli chłopak chciał się ze mną zaprzyjaźnić, musiał wiedzieć, że łatwo mnie rozzłościć.
Dojechaliśmy na górę. Nie miałam ochoty znów się z nim ścigać, więc bez słowa ruszyłam na przód. Nie popisywałam się. Jechałam spokojnie, zwracając uwagę na każdy zakręt i starając się robić to jak najlepiej. Dopracowywałam moją technikę jazdy. W końcu kiedyś moim marzeniem było zostanie sławną narciarką. Wygrany slalom gigant? To byłoby coś. Moje marzenia niestety się nie ziściły i nigdy się nie ziszczą, gdyż mój kochany tata nie chciał zapisać mnie na żadną szkółkę narciarską. Twierdził, że sam mnie nauczy.
I co? Nigdy nie będę taka dobra, jakbym chciała, a na naukę już za późno.
-Niedobra ta kolacja, pójdę już na górę- mruknęłam, rzucając niedokończone udko kurczaka na talerz i zabierając kluczyk ze stołu. Kłamałam, chętnie bym zjadła dokładkę. Problemem był tu Harry. Chłopakowi zebrało się na strzelanie fochów. Uroczo. Było mi przykro? Skąd, byłam raczej wściekła. No bo kto tu na kogo powinien strzelać fochy? Kto od kogo wyciąga informacje, o których druga osoba nie chce mówić? No kto? Troszkę logiki i wyrozumiałości.
Wściekła weszłam do pokoju, trzaskając drzwiami tak głośno, żeby usłyszał cały hotel. Wzięłam do ręki laptopa i weszłam na Twittera. Odpowiedziałam paru koleżankom i wstawiłam tweeta: "Mam dość, kto potrafi zrozumieć facetów?" Dostałam odpowiedź od zupełnie nieznajomego mi chłopaka.
"@Jass nawet nie wiesz, jak was jest trudno zrozumieć."
"@zaynmalik bo my jesteśmy dla was zagadką, wy- zgrywacie idiotów. choć...może niektórzy nie muszą zgrywać."
"@Jass spokojnie, mogę pomóc?"
W skrócie opowiedziałam mu o naszej rozmowie na wyciągu.
"@Jass moim zdaniem poczuł się urażony. on chce tylko poznać Cię bliżej. czy to przestępstwo?"
"@zaynmalik a ja? też poczułam się urażona, narusza moją prywatną sferę!"
"@Jass niby w jaki sposób? przesadzasz!"
Przesadzam? Cóż...może nieznajomy ma rację. Może wszystko wyolbrzymiam i powinnam wyluzować? Ale co on tam wie! Kompletnie mnie nie zna, a mówi, że przesadzam.
"@zaynmalik tak, czy inaczej kończę. dziękuję za "radę" i może do następnego"
"@Jass byłoby miło, mam nadzieję, że pomogłem :)"
Zamknęłam laptopa, zdecydowanie nie miałam już ochoty na żadne rozmowy.
-Chyba muszę z kimś porozmawiać- mruknęłam do siebie- Ale nie tutaj, potrzeba prywatności.
Zbiegłam szybko na dół, do restauracji. Siedzieli, jak siedzieli, a na ich talerzach było jeszcze więcej jedzenia, niż wtedy, gdy ich opuszczałam. Faceci to mają spust. Pokręciłam głową i podeszłam do ich stolika.
-Harry, idziesz ze mną na narty?- wypaliłam na jednym wydechu.
Biedak, omal się nie udusił. Kluska, którą właśnie wkładał do buzi, utknęła mu w gardle. Mój tata z wrażenia wbił sobie widelec w rękę i z jego gardła wydał się przeraźliwy krzyk. Jedynie pan James uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem, na co odpowiedziałam mu tym samym. Rozbawiona zaistniałą sytuacją, poklepałam Harry'ego po plecach i ponowiłam pytanie.
-Jasne, możemy iść- stwierdził z udawaną obojętnością i wziął ze stolika kluczyk.
-Super- uśmiech nie schodził mi z twarzy- Stok jest oświetlony, prawda?- zwróciłam się do dorosłych.
-Tak, bawcie się dobrze i uważajcie na siebie- pomachał nam pan Styles.
-Ćpałaś coś w tym pokoju?- spytał mnie lokaty, kiedy oddaliliśmy się już od naszych ojców.
Parsknęłam śmiechem.
-Po prostu sądzę, że powinniśmy porozmawiać.
-W zasadzie, zgodzę się z tobą- Na jego policzkach pojawiły się dołeczki.
-Wolę takiego Harry'ego. Nie tego z wielkim fochem- przyznałam szczerze, na co on wyszczerzył się jeszcze bardziej- Leć się przebrać, za pięć minut na dole.
-Pięć...? A co z moimi włosami? Muszę...
-Są świetne- ucięłam- No już, do pokoju!
Kręcąc głową, ze śmiechem przekroczyłam próg swojego. Przebrałam się w to samo, co rano i zeszłam na dół. Tym razem ja byłam pierwsza i spokojnie mogłam się nacieszyć w samotności świeżym powietrzem. Usiadłam na niewielkiej zaspie i zaczęłam liczyć gwiazdy. Odprężające zajęcie, ale kiedy mój wzrok natknął się na oświetlony stok, po którym szusowało zaledwie pięciu narciarzy, liczenie gwiazd zaczęło mnie irytować. Rusz się chłopie, powiedziałam w myślach.
-Jestem, przepraszam, że tak długo- usłyszałam za sobą zdyszany głos.
-Czy ty czytasz w myślach?- palnęłam.
-Co?
-Nie nic- machnęłam ręką- Chodźmy już, ski-bus zaraz będzie.
W milczeniu ruszyliśmy na przystanek.
-Uch, cholernie ciężkie te narty- mruknęłam.
-Daj, wezmę- powiedział.
-Nie trzeba.
Nie skomentował, po prostu zabrał mi je i położył sobie na ramieniu. Spojrzałam na niego kątem oka.
Hm, pomyślałam, niektóre dziewczyny mogą mi zazdrościć takiego towarzysza. Zaraz jednak wybiłam sobie tą myśl z głowy. To tylko dzieciak. Co prawda mój rówieśnik, ale dziewczyny dorastają szybciej, prawda?
Bus przyjechał. Wsiedliśmy do niego jako jedyni. Całą drogę przetrwaliśmy w milczeniu. Przetrwaliśmy? W zasadzie było to łatwiejsze, niż rozmowa z nim w tej chwili. Nawet nie miałam pojęcia od czego chcę zacząć.
Kolejki do wyciągu także nie było. Usiedliśmy na czteroosobowej kanapie.
-Więc?- zagadnął, kiedy nasze narty nie dotykały już ziemi.
Aha, sprytne. Teraz już nie mogę uciec.
-Powiedz mi, co konkretnie chcesz wiedzieć- zaczęłam owijać w bawełnę.
-Przede wszystkim chciałbym znać powód twojej szorstkości wobec mnie.
-To skomplikowane...
-Och, Jass. Po prostu mi powiedz.
-No dobrze...
Szarpnęło, skrzypnęło, zatrzymało się w miejscu. Cały wyciąg stanął. Niedobrze...
-Harry, i co teraz?- pisnęłam.
-Spokojnie, zaraz ruszy. Przecież to nie pierwszy raz- starał się uśmiechnąć- Masz lęk wysokości?
Zaprzeczyłam.
-To dobrze.
Było cholernie zimno. Zapomniałam rękawiczek, więc moje palce zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
-Harry...- zgrzytałam zębami- Czy wyciąg kiedykolwiek stanął na siedem minut?- spytałam, spoglądając na zegarek- Boję się- dodałam, gdy nic nie odpowiedział.
Przysunął się do mnie ostrożnie, ale mimo wszystko poruszył kanapą tak gwałtownie, że pisnęłam.
-Spokojnie- objął mnie ramieniem- Jakoś damy radę.
-Zimno mi...
Chłopak sięgnął po koc, do awaryjnej skrytki. Boże, ci Brytyjczycy we wszystko się zabezpieczą. W tej chwili byłam im za to wdzięczna.
-Poczekaj- szepnął, kiedy chciałam się opatulić- Ściągnij te narty.
-Przecież wypadnę- jęknęłam.
-Trzymam cię- powiedział to tak pewnie, że nie zastanawiając się dłużej, podniosłam barierkę, która nas ochraniała i schyliłam się do moich nart.
-Zrzuć je na ziemię- polecił. Tak też zrobiłam. Zniknęły gdzieś w zaspach na dole.
-A buty?
-Też.
-Będzie mi strasznie zimno.
-Mamy koc.
Westchnęłam i wykonałam polecenie, po czym skuliłam się.
-Zrób to samo- poprosiłam- Będzie nam wygodniej.
Trzymałam go w pasie, żeby nie wyleciał, a on powtórzył moją czynność. Rozpiął swoją kurtkę i wyciągnął rękę z jednego rękawu po czym przygarnął mnie do siebie tak, że znajdowałam się miedzy jego ciepłym torsem a kurtką.
-Cieplej?- spytał z troską w głosie.
-Troszkę- wtuliłam głowę w jego ramię.
-Spróbuj się przespać- powiedział cichutko, pocierając moje plecy.
-Spróbuję- obiecałam.
Dojechaliśmy na górę. Nie miałam ochoty znów się z nim ścigać, więc bez słowa ruszyłam na przód. Nie popisywałam się. Jechałam spokojnie, zwracając uwagę na każdy zakręt i starając się robić to jak najlepiej. Dopracowywałam moją technikę jazdy. W końcu kiedyś moim marzeniem było zostanie sławną narciarką. Wygrany slalom gigant? To byłoby coś. Moje marzenia niestety się nie ziściły i nigdy się nie ziszczą, gdyż mój kochany tata nie chciał zapisać mnie na żadną szkółkę narciarską. Twierdził, że sam mnie nauczy.
I co? Nigdy nie będę taka dobra, jakbym chciała, a na naukę już za późno.
-Niedobra ta kolacja, pójdę już na górę- mruknęłam, rzucając niedokończone udko kurczaka na talerz i zabierając kluczyk ze stołu. Kłamałam, chętnie bym zjadła dokładkę. Problemem był tu Harry. Chłopakowi zebrało się na strzelanie fochów. Uroczo. Było mi przykro? Skąd, byłam raczej wściekła. No bo kto tu na kogo powinien strzelać fochy? Kto od kogo wyciąga informacje, o których druga osoba nie chce mówić? No kto? Troszkę logiki i wyrozumiałości.
Wściekła weszłam do pokoju, trzaskając drzwiami tak głośno, żeby usłyszał cały hotel. Wzięłam do ręki laptopa i weszłam na Twittera. Odpowiedziałam paru koleżankom i wstawiłam tweeta: "Mam dość, kto potrafi zrozumieć facetów?" Dostałam odpowiedź od zupełnie nieznajomego mi chłopaka.
"@Jass nawet nie wiesz, jak was jest trudno zrozumieć."
"@zaynmalik bo my jesteśmy dla was zagadką, wy- zgrywacie idiotów. choć...może niektórzy nie muszą zgrywać."
"@Jass spokojnie, mogę pomóc?"
W skrócie opowiedziałam mu o naszej rozmowie na wyciągu.
"@Jass moim zdaniem poczuł się urażony. on chce tylko poznać Cię bliżej. czy to przestępstwo?"
"@zaynmalik a ja? też poczułam się urażona, narusza moją prywatną sferę!"
"@Jass niby w jaki sposób? przesadzasz!"
Przesadzam? Cóż...może nieznajomy ma rację. Może wszystko wyolbrzymiam i powinnam wyluzować? Ale co on tam wie! Kompletnie mnie nie zna, a mówi, że przesadzam.
"@zaynmalik tak, czy inaczej kończę. dziękuję za "radę" i może do następnego"
"@Jass byłoby miło, mam nadzieję, że pomogłem :)"
Zamknęłam laptopa, zdecydowanie nie miałam już ochoty na żadne rozmowy.
-Chyba muszę z kimś porozmawiać- mruknęłam do siebie- Ale nie tutaj, potrzeba prywatności.
Zbiegłam szybko na dół, do restauracji. Siedzieli, jak siedzieli, a na ich talerzach było jeszcze więcej jedzenia, niż wtedy, gdy ich opuszczałam. Faceci to mają spust. Pokręciłam głową i podeszłam do ich stolika.
-Harry, idziesz ze mną na narty?- wypaliłam na jednym wydechu.
Biedak, omal się nie udusił. Kluska, którą właśnie wkładał do buzi, utknęła mu w gardle. Mój tata z wrażenia wbił sobie widelec w rękę i z jego gardła wydał się przeraźliwy krzyk. Jedynie pan James uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem, na co odpowiedziałam mu tym samym. Rozbawiona zaistniałą sytuacją, poklepałam Harry'ego po plecach i ponowiłam pytanie.
-Jasne, możemy iść- stwierdził z udawaną obojętnością i wziął ze stolika kluczyk.
-Super- uśmiech nie schodził mi z twarzy- Stok jest oświetlony, prawda?- zwróciłam się do dorosłych.
-Tak, bawcie się dobrze i uważajcie na siebie- pomachał nam pan Styles.
-Ćpałaś coś w tym pokoju?- spytał mnie lokaty, kiedy oddaliliśmy się już od naszych ojców.
Parsknęłam śmiechem.
-Po prostu sądzę, że powinniśmy porozmawiać.
-W zasadzie, zgodzę się z tobą- Na jego policzkach pojawiły się dołeczki.
-Wolę takiego Harry'ego. Nie tego z wielkim fochem- przyznałam szczerze, na co on wyszczerzył się jeszcze bardziej- Leć się przebrać, za pięć minut na dole.
-Pięć...? A co z moimi włosami? Muszę...
-Są świetne- ucięłam- No już, do pokoju!
Kręcąc głową, ze śmiechem przekroczyłam próg swojego. Przebrałam się w to samo, co rano i zeszłam na dół. Tym razem ja byłam pierwsza i spokojnie mogłam się nacieszyć w samotności świeżym powietrzem. Usiadłam na niewielkiej zaspie i zaczęłam liczyć gwiazdy. Odprężające zajęcie, ale kiedy mój wzrok natknął się na oświetlony stok, po którym szusowało zaledwie pięciu narciarzy, liczenie gwiazd zaczęło mnie irytować. Rusz się chłopie, powiedziałam w myślach.
-Jestem, przepraszam, że tak długo- usłyszałam za sobą zdyszany głos.
-Czy ty czytasz w myślach?- palnęłam.
-Co?
-Nie nic- machnęłam ręką- Chodźmy już, ski-bus zaraz będzie.
W milczeniu ruszyliśmy na przystanek.
-Uch, cholernie ciężkie te narty- mruknęłam.
-Daj, wezmę- powiedział.
-Nie trzeba.
Nie skomentował, po prostu zabrał mi je i położył sobie na ramieniu. Spojrzałam na niego kątem oka.
Hm, pomyślałam, niektóre dziewczyny mogą mi zazdrościć takiego towarzysza. Zaraz jednak wybiłam sobie tą myśl z głowy. To tylko dzieciak. Co prawda mój rówieśnik, ale dziewczyny dorastają szybciej, prawda?
Bus przyjechał. Wsiedliśmy do niego jako jedyni. Całą drogę przetrwaliśmy w milczeniu. Przetrwaliśmy? W zasadzie było to łatwiejsze, niż rozmowa z nim w tej chwili. Nawet nie miałam pojęcia od czego chcę zacząć.
Kolejki do wyciągu także nie było. Usiedliśmy na czteroosobowej kanapie.
-Więc?- zagadnął, kiedy nasze narty nie dotykały już ziemi.
Aha, sprytne. Teraz już nie mogę uciec.
-Powiedz mi, co konkretnie chcesz wiedzieć- zaczęłam owijać w bawełnę.
-Przede wszystkim chciałbym znać powód twojej szorstkości wobec mnie.
-To skomplikowane...
-Och, Jass. Po prostu mi powiedz.
-No dobrze...
Szarpnęło, skrzypnęło, zatrzymało się w miejscu. Cały wyciąg stanął. Niedobrze...
-Harry, i co teraz?- pisnęłam.
-Spokojnie, zaraz ruszy. Przecież to nie pierwszy raz- starał się uśmiechnąć- Masz lęk wysokości?
Zaprzeczyłam.
-To dobrze.
Było cholernie zimno. Zapomniałam rękawiczek, więc moje palce zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
-Harry...- zgrzytałam zębami- Czy wyciąg kiedykolwiek stanął na siedem minut?- spytałam, spoglądając na zegarek- Boję się- dodałam, gdy nic nie odpowiedział.
Przysunął się do mnie ostrożnie, ale mimo wszystko poruszył kanapą tak gwałtownie, że pisnęłam.
-Spokojnie- objął mnie ramieniem- Jakoś damy radę.
-Zimno mi...
Chłopak sięgnął po koc, do awaryjnej skrytki. Boże, ci Brytyjczycy we wszystko się zabezpieczą. W tej chwili byłam im za to wdzięczna.
-Poczekaj- szepnął, kiedy chciałam się opatulić- Ściągnij te narty.
-Przecież wypadnę- jęknęłam.
-Trzymam cię- powiedział to tak pewnie, że nie zastanawiając się dłużej, podniosłam barierkę, która nas ochraniała i schyliłam się do moich nart.
-Zrzuć je na ziemię- polecił. Tak też zrobiłam. Zniknęły gdzieś w zaspach na dole.
-A buty?
-Też.
-Będzie mi strasznie zimno.
-Mamy koc.
Westchnęłam i wykonałam polecenie, po czym skuliłam się.
-Zrób to samo- poprosiłam- Będzie nam wygodniej.
Trzymałam go w pasie, żeby nie wyleciał, a on powtórzył moją czynność. Rozpiął swoją kurtkę i wyciągnął rękę z jednego rękawu po czym przygarnął mnie do siebie tak, że znajdowałam się miedzy jego ciepłym torsem a kurtką.
-Cieplej?- spytał z troską w głosie.
-Troszkę- wtuliłam głowę w jego ramię.
-Spróbuj się przespać- powiedział cichutko, pocierając moje plecy.
-Spróbuję- obiecałam.
______________-
ta daaaaaaaaaaam. mamy 3 chapter (:
podoba się? jeśli tak, super i liczę na komentarz (: x
oraz jeśli możecie to dodajcie do obserwowanych mojego bloga, byłabym wdzięczna.
+ dziękuję za tyle odwiedzin i komentarzy pod ostatnimi rozdziałami (:
love yaa x
wtorek, 3 kwietnia 2012
#2 " I need you here with me now"
Och cholera jasna, czy to słońce nie ma już gdzie świecić? Naprawdę? Akurat mój pokój? Niech wybierze sobie inny kąt padania chociaż...na przykład...no nie wiem. NIE MOJE ŁÓŻKO!
Wściekła przeniosłam moje chude nogi na brzeg łóżka i usiadłam. Sięgnęłam po mój mały kalendarzyk i długopisem narysowałam jedną kreskę przy dzisiejszej dacie.
Jeżeli przeżyję, pomyślałam, wieczorem pojawi się tu druga kreska. Kręcąc głową, wstałam i skierowałam się do łazienki.
Dzień pierwszy czas zacząć.
-Stęskniłam się za nartami- stwierdziłam, przeżuwając bułkę z nutellą.
-Powinnaś w takim razie podziękować tacie, że cię tu zabrał- odezwał się Harry.
Chłopie, podpadasz mi!
Siedzieliśmy w czwórkę przy śniadaniu w ogromnej hotelowej restauracji. Co, jak co, ale trzeba przyznać, że z wyborem miejsca naszego zakwaterowania trafili cudownie. Choć, moim zdaniem, zapewne wybierał je pan Styles.
-Długo jeździsz na nartach?- zagadnął chłopak, widząc, że nie mam zamiaru wyrazić ani odrobiny wdzięczności mojemu ojcu.
-Dwanaście lat.
-Łooooooo.
-Całkiem sporo, co? A ty kiedy pierwszy raz postawiłeś swoje kacze nóżki na nartach?
-Jasmine!- przerwał nam tata.
-Z tobą rozmawiam?- warknęłam.
-W porządku, proszę pana, to nic takiego-uśmiechnął się lokaty.
Lizus!
-A więc?- ponowiłam pytanie.
-Dziewięć.
Skinęłam głową, biorąc łyk herbaty i przeniosłam wzrok na szklaną szybę. Zdecydowanie lepszy widok. Góry, śnieg i słońce- coś pięknego. Na szczycie było widać narciarzy; jedni pokonywali trasę, niczym zawodowcy, inni dopiero rozpoczynali tą zabawę. I nagle w mojej głowie pojawił się obraz moich pierwszych dni na nartach.
-Nie zjadę już więcej !- krzyknęłam.
-Kochanie, to dopiero pierwszy zjazd, spokojnie.
-Nie będę spokojna, w życiu nie polubię tego sportu- jęczałam.
I wtedy moja mama uśmiechnęła się chytrze. Do tej pory nie mam pojęcia, jak tego dokonała, ale już po kolejnym zjeździe, chciałam więcej. Zaczęła się rodzić we mnie miłość do tego sportu i od tamtego czasu, to ja zostaję najdłużej na stoku.
-Do pokoju raz!- wyrwał mnie z rozmyślań rozbawiony głos pana James'a- Za pół godziny widzimy się na dole.
Zasalutowałam i ze śmiechem ruszyłam na górę. Nie obróciłam się, ale mogłam sobie wyobrazić ich zdziwione miny na dźwięk mojego śmiechu. Poprawka, zdziwione miny należały do mojego taty i Harry'ego. Pan Styles znał mnie za dobrze, chyba żadno moje zachowanie nie mogłoby go zdziwić.
Czy to dziwne, że dorosłego mężczyznę uważałam za przyjaciela? Nie dla mnie. On mnie rozumiał. Tak, ktoś może powiedzieć "pedofil", ale jak mogę nazwać pedofilem, przyjaciela taty? Nic z tych rzeczy. Ja po prostu wiedziałam, że jeśli będę potrzebować dojrzałej rady, zawsze mogę się do niego zwrócić.
Spodnie, polar, czapka, bandana, kurtka- gotowe. Kask i buty do ręki.
-Idę na dół- oznajmiłam tacie.
Nawet nie zareagował, kontynuował zakładanie spodni. Równie dobrze mogłabym teraz wyskoczyć z balkonu, z jego strony nie byłoby żadnej reakcji. Westchnęłam i wyszłam na korytarz.
Drogę do auta pokonałam jak najszybciej. Wszystko byleby tylko znaleźć się sam na sam z kim?
-Harry, jak ja cię dawno nie widziałam- powiedziałam zgryźliwie.
Mother of God, zeszłam tak szybko tylko dlatego, by pobyć chwile sama i nacieszyć się tym pięknym widokiem i świeżym powietrzem, którego w Londynie nie było.
-Też się za tobą stęskniłem- mruknął chłopak. Ani trochę nie ruszyła go moja odzywka. Może nie był taką ofiarą?
-Gdzie są narty?- rzuciłam w jego stronę, siadając w bagażniku.
-Chyba w środku- wskazał na tylne drzwi samochodu.
-Mhm.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Trzy nieodebrane wiadomości.
Pierwsza od mamy:
"Miłego dnia, kochanie :)"- słodkie.
Druga od mojej przyjaciółki Grayce:
"Nie będę Ci zawracać głowy, ale zapamiętaj wszystko dokładnie, bo zaraz po Twoim powrocie czeka Cię "niespodziewana wizyta :D x"- już się boję tej wizyty.
Autorką ostatniej była Sasha:
"I co, chłopak taki zły jak myślałaś?"
"Chyba nie...To się okaże..."
"Wygląd?"
"OCZY !"
"Haha, czyli nie tak źle :) Baw się dobrze"
Uśmiechnęłam się, co raz optymistyczniej zaczęłam podchodzić do tego dnia. Może zmienię nastawienie do osobnika, który właśnie przede mną stoi i uważnie mi się przygląda, myśląc, że tego nie widzę? Czasem pozory mylą, prawda?
-Wsiadajcie do auta, dzieciaki! Im dłużej pojeździmy tym lepiej- rozległ się gruby głos mojego ukochanego tatusia właśnie wtedy, gdy chciałam nawiązać rozmowę.
Dzięki ojciec, twoje wyczucie zawsze ok.
Odepchnęłam się raz i drugi, i trzeci. Wiatr zaczął okalać moją twarz. Kolana uginały się raz w prawo, raz w lewo. Przyspieszałam. Kątem oka widziałam, że mnie dogania. Nie dam się tak łatwo. Dwanaście lat nauki nie poszło na marne i zaraz ci to udowodnię, pomyślałam. Prawy kijek, lewy kijek. Byłam na prowadzeniu. Przede mną pojawił się wyciąg. Już mnie nie prześcignie. Dumna odepchnęłam się jeszcze dwa razy i ostro zahamowałam.
-Dalej uważasz, że jesteś lepszy?- prychnęłam.
-To dopiero pierwszy zjazd.
-Tłumacz to sobie, jak chcesz.
Ruszyłam w stronę wyciągu.
Kanapa podjechała i usiedliśmy obok siebie.
-Powiedz mi, o co ci chodzi?- odezwał się niespodziewanie.
-Hm?
-Dlaczego jesteś taka oschła?
-Nie sądzę, żeby to była twoja sprawa.
-I znowu- mruknął.
-Harry...- zaczęłam- Musisz mnie zrozumieć.
-Jak mam cię zrozumieć, skoro nic o tobie nie wiem?
-To trudne...
-Cholernie! Czemu mojego tatę tak lubisz, a ze mną nawet nie chcesz rozmawiać?
-Znam go, a ciebie nie.
-A jak chcesz mnie poznać, nie rozmawiając ze mną?
-Przecież rozmawiamy.
-Jasmine...
-Okej, okej- westchnęłam- Ale nie teraz, dobrze? Teraz jesteśmy na nartach. Pozwól mi oderwać się od wszystkiego i robić tylko i wyłącznie to, co kocham.
-Całe dwa tygodnie?
-Powiedziałam- "teraz".
Wściekła przeniosłam moje chude nogi na brzeg łóżka i usiadłam. Sięgnęłam po mój mały kalendarzyk i długopisem narysowałam jedną kreskę przy dzisiejszej dacie.
Jeżeli przeżyję, pomyślałam, wieczorem pojawi się tu druga kreska. Kręcąc głową, wstałam i skierowałam się do łazienki.
Dzień pierwszy czas zacząć.
-Stęskniłam się za nartami- stwierdziłam, przeżuwając bułkę z nutellą.
-Powinnaś w takim razie podziękować tacie, że cię tu zabrał- odezwał się Harry.
Chłopie, podpadasz mi!
Siedzieliśmy w czwórkę przy śniadaniu w ogromnej hotelowej restauracji. Co, jak co, ale trzeba przyznać, że z wyborem miejsca naszego zakwaterowania trafili cudownie. Choć, moim zdaniem, zapewne wybierał je pan Styles.
-Długo jeździsz na nartach?- zagadnął chłopak, widząc, że nie mam zamiaru wyrazić ani odrobiny wdzięczności mojemu ojcu.
-Dwanaście lat.
-Łooooooo.
-Całkiem sporo, co? A ty kiedy pierwszy raz postawiłeś swoje kacze nóżki na nartach?
-Jasmine!- przerwał nam tata.
-Z tobą rozmawiam?- warknęłam.
-W porządku, proszę pana, to nic takiego-uśmiechnął się lokaty.
Lizus!
-A więc?- ponowiłam pytanie.
-Dziewięć.
Skinęłam głową, biorąc łyk herbaty i przeniosłam wzrok na szklaną szybę. Zdecydowanie lepszy widok. Góry, śnieg i słońce- coś pięknego. Na szczycie było widać narciarzy; jedni pokonywali trasę, niczym zawodowcy, inni dopiero rozpoczynali tą zabawę. I nagle w mojej głowie pojawił się obraz moich pierwszych dni na nartach.
-Nie zjadę już więcej !- krzyknęłam.
-Kochanie, to dopiero pierwszy zjazd, spokojnie.
-Nie będę spokojna, w życiu nie polubię tego sportu- jęczałam.
I wtedy moja mama uśmiechnęła się chytrze. Do tej pory nie mam pojęcia, jak tego dokonała, ale już po kolejnym zjeździe, chciałam więcej. Zaczęła się rodzić we mnie miłość do tego sportu i od tamtego czasu, to ja zostaję najdłużej na stoku.
-Do pokoju raz!- wyrwał mnie z rozmyślań rozbawiony głos pana James'a- Za pół godziny widzimy się na dole.
Zasalutowałam i ze śmiechem ruszyłam na górę. Nie obróciłam się, ale mogłam sobie wyobrazić ich zdziwione miny na dźwięk mojego śmiechu. Poprawka, zdziwione miny należały do mojego taty i Harry'ego. Pan Styles znał mnie za dobrze, chyba żadno moje zachowanie nie mogłoby go zdziwić.
Czy to dziwne, że dorosłego mężczyznę uważałam za przyjaciela? Nie dla mnie. On mnie rozumiał. Tak, ktoś może powiedzieć "pedofil", ale jak mogę nazwać pedofilem, przyjaciela taty? Nic z tych rzeczy. Ja po prostu wiedziałam, że jeśli będę potrzebować dojrzałej rady, zawsze mogę się do niego zwrócić.
Spodnie, polar, czapka, bandana, kurtka- gotowe. Kask i buty do ręki.
-Idę na dół- oznajmiłam tacie.
Nawet nie zareagował, kontynuował zakładanie spodni. Równie dobrze mogłabym teraz wyskoczyć z balkonu, z jego strony nie byłoby żadnej reakcji. Westchnęłam i wyszłam na korytarz.
Drogę do auta pokonałam jak najszybciej. Wszystko byleby tylko znaleźć się sam na sam z kim?
-Harry, jak ja cię dawno nie widziałam- powiedziałam zgryźliwie.
Mother of God, zeszłam tak szybko tylko dlatego, by pobyć chwile sama i nacieszyć się tym pięknym widokiem i świeżym powietrzem, którego w Londynie nie było.
-Też się za tobą stęskniłem- mruknął chłopak. Ani trochę nie ruszyła go moja odzywka. Może nie był taką ofiarą?
-Gdzie są narty?- rzuciłam w jego stronę, siadając w bagażniku.
-Chyba w środku- wskazał na tylne drzwi samochodu.
-Mhm.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon. Trzy nieodebrane wiadomości.
Pierwsza od mamy:
"Miłego dnia, kochanie :)"- słodkie.
Druga od mojej przyjaciółki Grayce:
"Nie będę Ci zawracać głowy, ale zapamiętaj wszystko dokładnie, bo zaraz po Twoim powrocie czeka Cię "niespodziewana wizyta :D x"- już się boję tej wizyty.
Autorką ostatniej była Sasha:
"I co, chłopak taki zły jak myślałaś?"
"Chyba nie...To się okaże..."
"Wygląd?"
"OCZY !"
"Haha, czyli nie tak źle :) Baw się dobrze"
Uśmiechnęłam się, co raz optymistyczniej zaczęłam podchodzić do tego dnia. Może zmienię nastawienie do osobnika, który właśnie przede mną stoi i uważnie mi się przygląda, myśląc, że tego nie widzę? Czasem pozory mylą, prawda?
-Wsiadajcie do auta, dzieciaki! Im dłużej pojeździmy tym lepiej- rozległ się gruby głos mojego ukochanego tatusia właśnie wtedy, gdy chciałam nawiązać rozmowę.
Dzięki ojciec, twoje wyczucie zawsze ok.
Odepchnęłam się raz i drugi, i trzeci. Wiatr zaczął okalać moją twarz. Kolana uginały się raz w prawo, raz w lewo. Przyspieszałam. Kątem oka widziałam, że mnie dogania. Nie dam się tak łatwo. Dwanaście lat nauki nie poszło na marne i zaraz ci to udowodnię, pomyślałam. Prawy kijek, lewy kijek. Byłam na prowadzeniu. Przede mną pojawił się wyciąg. Już mnie nie prześcignie. Dumna odepchnęłam się jeszcze dwa razy i ostro zahamowałam.
-Dalej uważasz, że jesteś lepszy?- prychnęłam.
-To dopiero pierwszy zjazd.
-Tłumacz to sobie, jak chcesz.
Ruszyłam w stronę wyciągu.
Kanapa podjechała i usiedliśmy obok siebie.
-Powiedz mi, o co ci chodzi?- odezwał się niespodziewanie.
-Hm?
-Dlaczego jesteś taka oschła?
-Nie sądzę, żeby to była twoja sprawa.
-I znowu- mruknął.
-Harry...- zaczęłam- Musisz mnie zrozumieć.
-Jak mam cię zrozumieć, skoro nic o tobie nie wiem?
-To trudne...
-Cholernie! Czemu mojego tatę tak lubisz, a ze mną nawet nie chcesz rozmawiać?
-Znam go, a ciebie nie.
-A jak chcesz mnie poznać, nie rozmawiając ze mną?
-Przecież rozmawiamy.
-Jasmine...
-Okej, okej- westchnęłam- Ale nie teraz, dobrze? Teraz jesteśmy na nartach. Pozwól mi oderwać się od wszystkiego i robić tylko i wyłącznie to, co kocham.
-Całe dwa tygodnie?
-Powiedziałam- "teraz".
________
Drugi rozdział gotowy (: Mam nadzieję, że spodobają Wam się tak, jak prolog i pierwszy rozdział :)
Komentujcie i dodawajcie bloga do obserwowanych. To naprawdę dla mnie wiele znaczy (: x
niedziela, 25 marca 2012
#1 " From the moment I met you, everything changed..."
-Ruszaj się, nie mam zamiaru tu na ciebie czekać wieki!- ryknął mój ojciec z salonu.
Nie odpowiedziałam. Po prostu wrzuciłam jeszcze ostatnie rzeczy do walizki i na siłę ją zapięłam. Zdążyłam zerknąć jeszcze do lustra.
-Jest ok- powiedziałam do siebie i szarpnęłam mój bagaż.
Zeszłam na dół, robiąc przy tym okropny hałas.
-Jak można się tyle pakować?- skrzywił się wysoki blondyn, po którym nosiłam nazwisko, kiedy stanęłam przed nim.
-Jak można tak krzywdzić córkę i zabierać ją na wyjazd, na który ani trochę nie ma ochoty?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie i nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, wyszłam z domu, przejeżdżając mu walizką po nogach.
Przy aucie stała już moja mama z siostrą i solennie sprawdzały, czy wszystko wzięliśmy. Wcisnęłam się miedzy nie i upchałam do bagażnika przedmiot, który przed chwilą zmiażdżył mojemu ojcu nogi.
Dlaczego tak nie chciałam z nim jechać? Odpowiedź jest prosta. Nie miałam zamiaru calutkie DWA TYGODNIE kłócić się z nim o każdą błahostkę, a wiedziałam, wręcz byłam pewna, że tak się to skończy.
Cały zeszły tydzień błagałam moją mamę, żebym mogła zostać, ale ona była zdania, że dobrze nam zrobi taki wspólny wyjazd, bo zbliżymy się do siebie.
-Naprawdę sądzisz, że ja będę z nim spędzała całe dnie?
-Zrób to dla mnie, proszę.
-Nie ma takiej mowy. Chyba, że nie chcesz już nas nigdy zobaczyć...
-O czym ty mówisz?
-Po prostu spędzony z nim dzień, skończy się śmiercią.
Otrząsnęłam się z tego wspomnienia i usiadłam na krawężniku. Moja mama była wyraźnie pochłonięta przewracaniem całego samochodu do góry nogami, więc nawet nie zauważyła mojego przybycia.
Znużona całą sytuacją zaczęłam skubać, przydeptaną już trawę, która znajdowała się obok mojej podeszwy.
-Hej, nie przejmuj się tym tak- usłyszałam cichy głosik obok mnie.
Moja młodsza o dwa lata siostra przykucnęła na przeciw i wpatrywała się we mnie wytrwale, najwidoczniej czekała, aż się odezwę, ale ja tylko pokręciłam głową.
Szturchnęła mnie.
-Daj spokój- mruknęłam- To będą najgorsze dwa tygodnie w moim życiu.
-Przesadzasz- zaśmiała się uroczo- Podobno pan James ma jakiegoś syna i także zabiera go ze sobą.
-Czy to jakaś różnica?
-Może...jest przystojny?
Uśmiechnęłam się mimo woli, ale za chwilę spoważniałam.
-Nie mam czasu na chłopaków. To tylko kolejne problemy. Chcę po prostu przeżyć te cholerne czternaście dni i wrócić do normalnego życia.
-Ja cię nie rozumiem- westchnęła Sasha i podbiegła do mamy, która ją właśnie wołała.
-O, Jasmine, jesteś! Chodź tu też i nam pomóż.
O patrzcie państwo, zauważyła mnie. Powlokłam się do niej i zamieniłam miejscami sprzęt narciarski z torbą taty. Czy to zrobiło jakąś różnicę? Skąd! Po prostu moja mama miała swoje widzi mi się, jeśli chodzi o ułożenie rzeczy i trzeba było zrobić, jak prosiła.
-Wsiadaj do samochodu.
Mój ojciec właśnie wyrósł za moimi plecami.
-Na nas już czas- dodał.
Pożegnałam się z mamą i Sashą, szepcząc tej drugiej, żeby nie przywiązała się za bardzo do mojego pokoju, podczas mojej nieobecności. Zawsze go zajmowała, kiedy wyjeżdżałam; był większy, a jego umeblowanie wyjątkowo jej się podobało.
Zajęłam miejsce pasażera i odetchnęłam głęboko.
"Jass, przygotuj się na trzy godziny męki", pomyślałam i zerknęłam na tatę, który właśnie zajmował miejsce obok mnie.
No, nawet nie było aż tak źle. Całą drogę przespałam ze słuchawkami w uszach. iPod to chyba najlepsza rzecz, jaką człowiek mógł wynaleźć. Kiedy SUV taty zajechał na parking, przed ogromnym hotelem, pomyślałam, że może to nie będzie aż taki zły wypad. To była jednak tylko myśl, która zaraz wyparowała.
-Wysiadaj- krzyknął, kiedy zapatrzyłam się w budynek przed sobą- Bierz rzeczy i do środka!
-Nie jestem w obozie koncentracyjnym- warknęłam, patrząc mu prosto w oczy, co chyba go trochę zdziwiło. Wydawało mu się, że jestem grzeczną dziewczynką, która będzie mu się podporządkowywać cały czas? Nie, nie pozwolę siebie tak traktować. Nie jestem już dzieckiem.
Wyciągnęłam swoją walizkę z takim impetem, że wszystko inne powypadało z bagażnika.
-Pozbieraj- rzuciłam- To nie ja tak ułożyłam to wszystko.
Dumna z siebie ruszyłam w stronę ogromnych drzwi hotelowych.
-Jasmine Brad- powiedziałam do recepcjonistki- Ojciec zaraz przyjdzie, wyciąga bagaże.
-Oczywiście- uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie- Proszę tylko o jakiś dokument i podpis..o tutaj.
Podsunęła mi pod nos kawałek papieru. Nie przeczytałam nic a nic, po prostu się podpisałam. Hotel wyglądał tak wytwornie, że nie mogli mi przecież kazać podpisać jakiegoś okupu, czy czegoś. A nawet jeśli, będzie to wina ojca.
-Czy pan James już przyjechał?- spytałam recepcjonistki.
Lubiłam wspólnika taty, był naprawdę sympatycznym człowiekiem. Gdy z jakichś przyczyn musiałam pojawić się w ich biurze, spędzałam cały czas na rozmowie z nim. Mój prawny opiekun zmyślał wtedy, że mają pełno rzeczy do załatwienia i "niestety" muszę ich opuścić.
-James Styles?
Skinęłam głową.
-Tak, zameldował się tu razem ze swoim synem jakieś pół godziny temu.
-Dziękuję- ucieszyłam się na tą wiadomość- Czy może mi pani powiedzieć, jaki mają pokój?
-Nie powinnam...
-Ależ to jest wspólnik mojego ojca. Niech pani spojrzy- pokazałam jej na listę, gdzie widniała nazwa ich firmy- Styles i Brad.
-Ech, no dobrze- mruknęła- Ich pokój, to pokój numer 601.
Zadowolona z sukcesu, zostawiłam walizkę przy recepcji i pognałam schodami na szóste piętro. Nie miałam ochoty czekać na windę.
-Jasmine! Jak ja cię dawno nie widziałem- zawołał wesoło niewysoki brunet- Z dnia na dzień piękniejesz.
Zaśmiałam się
-Dziękuję bardzo.
-Gdzie tata?
-Na dole, pewnie w recepcji.
Pan Styles skinął głową.
-Nie poznałaś jeszcze mojego syna?
Zaprzeczyłam.
-Harry! Chodź tu, chcę ci kogoś przedstawić.
Za plecami mężczyzny w średnim wieku, ujrzałam twarz chłopaka, który już na pierwszy rzut oka był dla mnie dziecinny.
Może się myliłam? Zobaczymy, co przyniosą kolejne dni.
Nie odpowiedziałam. Po prostu wrzuciłam jeszcze ostatnie rzeczy do walizki i na siłę ją zapięłam. Zdążyłam zerknąć jeszcze do lustra.
-Jest ok- powiedziałam do siebie i szarpnęłam mój bagaż.
Zeszłam na dół, robiąc przy tym okropny hałas.
-Jak można się tyle pakować?- skrzywił się wysoki blondyn, po którym nosiłam nazwisko, kiedy stanęłam przed nim.
-Jak można tak krzywdzić córkę i zabierać ją na wyjazd, na który ani trochę nie ma ochoty?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie i nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, wyszłam z domu, przejeżdżając mu walizką po nogach.
Przy aucie stała już moja mama z siostrą i solennie sprawdzały, czy wszystko wzięliśmy. Wcisnęłam się miedzy nie i upchałam do bagażnika przedmiot, który przed chwilą zmiażdżył mojemu ojcu nogi.
Dlaczego tak nie chciałam z nim jechać? Odpowiedź jest prosta. Nie miałam zamiaru calutkie DWA TYGODNIE kłócić się z nim o każdą błahostkę, a wiedziałam, wręcz byłam pewna, że tak się to skończy.
Cały zeszły tydzień błagałam moją mamę, żebym mogła zostać, ale ona była zdania, że dobrze nam zrobi taki wspólny wyjazd, bo zbliżymy się do siebie.
-Naprawdę sądzisz, że ja będę z nim spędzała całe dnie?
-Zrób to dla mnie, proszę.
-Nie ma takiej mowy. Chyba, że nie chcesz już nas nigdy zobaczyć...
-O czym ty mówisz?
-Po prostu spędzony z nim dzień, skończy się śmiercią.
Otrząsnęłam się z tego wspomnienia i usiadłam na krawężniku. Moja mama była wyraźnie pochłonięta przewracaniem całego samochodu do góry nogami, więc nawet nie zauważyła mojego przybycia.
Znużona całą sytuacją zaczęłam skubać, przydeptaną już trawę, która znajdowała się obok mojej podeszwy.
-Hej, nie przejmuj się tym tak- usłyszałam cichy głosik obok mnie.
Moja młodsza o dwa lata siostra przykucnęła na przeciw i wpatrywała się we mnie wytrwale, najwidoczniej czekała, aż się odezwę, ale ja tylko pokręciłam głową.
Szturchnęła mnie.
-Daj spokój- mruknęłam- To będą najgorsze dwa tygodnie w moim życiu.
-Przesadzasz- zaśmiała się uroczo- Podobno pan James ma jakiegoś syna i także zabiera go ze sobą.
-Czy to jakaś różnica?
-Może...jest przystojny?
Uśmiechnęłam się mimo woli, ale za chwilę spoważniałam.
-Nie mam czasu na chłopaków. To tylko kolejne problemy. Chcę po prostu przeżyć te cholerne czternaście dni i wrócić do normalnego życia.
-Ja cię nie rozumiem- westchnęła Sasha i podbiegła do mamy, która ją właśnie wołała.
-O, Jasmine, jesteś! Chodź tu też i nam pomóż.
O patrzcie państwo, zauważyła mnie. Powlokłam się do niej i zamieniłam miejscami sprzęt narciarski z torbą taty. Czy to zrobiło jakąś różnicę? Skąd! Po prostu moja mama miała swoje widzi mi się, jeśli chodzi o ułożenie rzeczy i trzeba było zrobić, jak prosiła.
-Wsiadaj do samochodu.
Mój ojciec właśnie wyrósł za moimi plecami.
-Na nas już czas- dodał.
Pożegnałam się z mamą i Sashą, szepcząc tej drugiej, żeby nie przywiązała się za bardzo do mojego pokoju, podczas mojej nieobecności. Zawsze go zajmowała, kiedy wyjeżdżałam; był większy, a jego umeblowanie wyjątkowo jej się podobało.
Zajęłam miejsce pasażera i odetchnęłam głęboko.
"Jass, przygotuj się na trzy godziny męki", pomyślałam i zerknęłam na tatę, który właśnie zajmował miejsce obok mnie.
No, nawet nie było aż tak źle. Całą drogę przespałam ze słuchawkami w uszach. iPod to chyba najlepsza rzecz, jaką człowiek mógł wynaleźć. Kiedy SUV taty zajechał na parking, przed ogromnym hotelem, pomyślałam, że może to nie będzie aż taki zły wypad. To była jednak tylko myśl, która zaraz wyparowała.
-Wysiadaj- krzyknął, kiedy zapatrzyłam się w budynek przed sobą- Bierz rzeczy i do środka!
-Nie jestem w obozie koncentracyjnym- warknęłam, patrząc mu prosto w oczy, co chyba go trochę zdziwiło. Wydawało mu się, że jestem grzeczną dziewczynką, która będzie mu się podporządkowywać cały czas? Nie, nie pozwolę siebie tak traktować. Nie jestem już dzieckiem.
Wyciągnęłam swoją walizkę z takim impetem, że wszystko inne powypadało z bagażnika.
-Pozbieraj- rzuciłam- To nie ja tak ułożyłam to wszystko.
Dumna z siebie ruszyłam w stronę ogromnych drzwi hotelowych.
-Jasmine Brad- powiedziałam do recepcjonistki- Ojciec zaraz przyjdzie, wyciąga bagaże.
-Oczywiście- uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie- Proszę tylko o jakiś dokument i podpis..o tutaj.
Podsunęła mi pod nos kawałek papieru. Nie przeczytałam nic a nic, po prostu się podpisałam. Hotel wyglądał tak wytwornie, że nie mogli mi przecież kazać podpisać jakiegoś okupu, czy czegoś. A nawet jeśli, będzie to wina ojca.
-Czy pan James już przyjechał?- spytałam recepcjonistki.
Lubiłam wspólnika taty, był naprawdę sympatycznym człowiekiem. Gdy z jakichś przyczyn musiałam pojawić się w ich biurze, spędzałam cały czas na rozmowie z nim. Mój prawny opiekun zmyślał wtedy, że mają pełno rzeczy do załatwienia i "niestety" muszę ich opuścić.
-James Styles?
Skinęłam głową.
-Tak, zameldował się tu razem ze swoim synem jakieś pół godziny temu.
-Dziękuję- ucieszyłam się na tą wiadomość- Czy może mi pani powiedzieć, jaki mają pokój?
-Nie powinnam...
-Ależ to jest wspólnik mojego ojca. Niech pani spojrzy- pokazałam jej na listę, gdzie widniała nazwa ich firmy- Styles i Brad.
-Ech, no dobrze- mruknęła- Ich pokój, to pokój numer 601.
Zadowolona z sukcesu, zostawiłam walizkę przy recepcji i pognałam schodami na szóste piętro. Nie miałam ochoty czekać na windę.
-Jasmine! Jak ja cię dawno nie widziałem- zawołał wesoło niewysoki brunet- Z dnia na dzień piękniejesz.
Zaśmiałam się
-Dziękuję bardzo.
-Gdzie tata?
-Na dole, pewnie w recepcji.
Pan Styles skinął głową.
-Nie poznałaś jeszcze mojego syna?
Zaprzeczyłam.
-Harry! Chodź tu, chcę ci kogoś przedstawić.
Za plecami mężczyzny w średnim wieku, ujrzałam twarz chłopaka, który już na pierwszy rzut oka był dla mnie dziecinny.
Może się myliłam? Zobaczymy, co przyniosą kolejne dni.
_________________
A więc rozdział pierwszy jest gotowy . Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam i ilości komentarzy oraz wejść będą tylko rosły.
Love yaa x
@ImLarryBabe
Subskrybuj:
Posty (Atom)